i inne...
ĹWIADEK BOĹťEJ MIĹOĹCI
Drodzy, w tym roku ksiÄ
dz ZdzisĹaw Seremak obchodziĹby 50lecie kapĹaĹstwa. CzytajÄ
c obecnie na Szkole WspĂłlnoty rozdziaĹ Caritas â dar z siebie, wzruszony, bardzo czÄsto wracam myĹlami do tego czĹowieka, ktĂłremu tak duĹźo zawdziÄczam. W ostatnich âĹladachâ ukazaĹ siÄ wywiad z naszym byĹym wizytatorem Michele Faldim, ktĂłry opowiada o swoim âpĂłjĹciu zaâ ksiÄdzem Giussanim. ChciaĹbym zwrĂłciÄ uwagÄ na kilka cytatĂłw z tego wywiadu: âByĹ [ksiÄ
dz Giussani] dla nas punktem odniesienia, na ktĂłry trzeba byĹo patrzeÄ ze wzglÄdu na to, co byĹo wĂłwczas naszym doĹwiadczeniem. W tych latach w osobistym Ĺźyciu potwierdzaĹo siÄ to, co od pierwszego roku, od pierwszej godziny zajÄÄ, sĹyszaĹem od niego: ÂŤNie chcÄ byÄ tutaj, by was przekonywaÄ do rzeczy, o ktĂłrych bÄdÄ mĂłwiĹ, ale poniewaĹź pragnÄ, by wasze doĹwiadczenie byĹo porĂłwnywane z tym, o czym wam powiemÂť. (...) Problemem nie jest gĹoszenie idei, ale przeĹźywanie tego, o czym siÄ mĂłwi. Albo lepiej: najwaĹźniejszÄ
kwestiÄ
nie moĹźe byÄ obecnoĹÄ tego, kto stoi na czele, ale relacja, w ktĂłrej siÄ Ĺźyje tam, gdzie siÄ jest. To nas fascynowaĹo w przebywaniu z ksiÄdzem Giussanim. UczyliĹmy siÄ metody poprzez osmozÄâ (âĹladyâ 5/2010, s. 32â33). Moje relacje z ksiÄdzem ZdzisĹawem i z ksiÄdzem JĂłzefem byĹy i sÄ
takie same jak te, ktĂłre Michele miaĹ z ksiÄdzem Giussanim. PatrzÄ
c na nich, uczyĹem siÄ Ĺwiadomego â osÄ
dzonego przez ObecnoĹÄ Chrystusa â Ĺźycia. PoruszajÄ
cy byĹ przede wszystkim sposĂłb, w jaki ksiÄ
dz ZdzisĹaw traktowaĹ osoby â nie tylko piÄknie i rozumnie mĂłwiĹ o MiĹoĹci Boga, ale niÄ
ĹźyĹ. Jako wielki realista nie gorszyĹ siÄ Ĺźadnym grzechem, ale byĹ otwarty i naĹladowaĹ MiĹosiernego Boga w relacjach z kaĹźdÄ
osobÄ
. Kiedy czytam czwarty podpunkt wspomnianego rozdziaĹu, MoralnoĹÄ to naĹladowanie Boga w miĹoĹci caritas, dziÄkujÄ Bogu za osobÄ ksiÄdza ZdzisĹawa i ksiÄdza JĂłzefa, poniewaĹź poprzez ich Ĺźycie to doĹwiadczenie jest mi bliskie, jest po prostu dla mnie prawdziwe.
Marek, WrocĹaw
ZAPALONY PRZED LATY MAĹY PĹOMYCZEK
List wysĹany pewnemu uczÄ
cemu w liceum profesorowi
Jestem Pana byĹÄ
uczennicÄ
sprzed okoĹo dziesiÄciu lat. CzÄsto o Panu myĹlaĹam przez ten czas. SzczegĂłlnie zafascynowaĹa mnie PochwaĹa stworzeĹ Ĺw. Franciszka z AsyĹźu â tak bardzo, Ĺźe mojego drugiego syna nazwaĹam Francesco. ByĹam peĹna podziwu dla Pana radoĹci oraz wiary, nie rozumiaĹam jej jednak. Ĺťycie tymczasem przyniosĹo mi doĹwiadczenia wiÄksze ode mnie â dziÄki nim spotkaĹam Boga. MĂłj synek w wieku szeĹciu miesiÄcy odszedĹ do Pana z powodu choroby genetycznej, ktĂłra ujawniĹa siÄ niespodziewanie, gdy miaĹ piÄÄ miesiÄcy (byĹa to nieuleczalna w Ĺźaden sposĂłb wada serca). Niestety pĂłĹtora roku temu straciliĹmy takĹźe naszego pierwszego syna, Angela. MĹoda mama i tata, nieznajÄ
cy siÄ na Ĺźyciu ani na wielkich cierpieniach,ktĂłrych ono dostarcza, z dwĂłjkÄ
dzieci w niebie i z dwoma wielkimi ranami w sercu â jednÄ
na drugiej. Cóş powiedzieÄ â wszyscy pozostajÄ
bez sĹĂłw, wystarczy wymowne spojrzenie, to spojrzenie mĂłwiÄ
ce o cierpieniu i wspĂłĹczuciu. W sercu ogromny bĂłl, w duszy jednak â ogromna nadzieja, ogromne pragnienie (pragnienie dotkniÄcia gwiazd!), ktĂłre przemienia siÄ w MiĹoĹÄ. Któş naprawdÄ wiedziaĹ, czym jest MiĹoĹÄ, ta prawdziwa, zanim to wszystko siÄ staĹo? Wielkie cierpienie przynosi albo wielkÄ
nienawiĹÄ, albo wielkÄ
miĹoĹÄ â na szczÄĹcie Jezus podaĹ nam dĹoĹ. Ostatnio â podobnie jak w szpitalu, gdy trzymaĹam rÄ
czkÄ mojego syna, podĹÄ
czonego do respiratora i pozostajÄ
cego przy Ĺźyciu tylko dziÄki podawanym lekom â bardzo duĹźo siÄ modliĹam i czytaĹam MatkÄ TeresÄ. Cóş za wielka kobieta, jakaĹź wielka MiĹoĹÄ! ByÄ moĹźe z niebios spĹynÄĹo na mnie nieco jej siĹy. Mam nadziejÄ, Ĺźe w tej chwili przytula moje dzieci, ona, ktĂłrej nikt nie miaĹ za matkÄ biologicznÄ
, ale ktĂłra byĹa wielkÄ
matkÄ
wszystkich sierot MiĹoĹci. DziÄkujÄ Panu, Profesorze, za ten maĹy pĹomyczek, ktĂłry zapaliĹ Pan we mnie dziesiÄÄ lat temu, a ktĂłry teraz staĹ siÄ wielkim ogniem... Jak kaĹźdy ogieĹ jednak, tak i on musi byÄ podtrzymywany, w przeciwnym razie moĹźe zgasnÄ
Ä. Miejmy nadziejÄ, Ĺźe dobry BĂłg bÄdzie dorzucaĹ do niego codziennie nieco drwa... Albo Ĺźe przynajmniej zatroszczy siÄ o nie dla mnie.
Eleonora
NOWI PRZYJACIELE ROZPROSZENI PO EUROPIE
Z powodĂłw zawodowych mieszkam zagranicÄ
i doĹÄ duĹźo podróşujÄ. W tym roku jeĹźdĹźÄ
c po Europie i widzÄ
c moich przyjacióŠrozproszonych po róşnych maĹych wspĂłlnotach europejskich, spotkaĹem siÄ z problemem, ktĂłry ich ĹÄ
czy, a ktĂłry czÄsto dotyczy takĹźe mnie: oddalenie od najbliĹźszych przyjacióŠi wynikajÄ
ca z tego samotnoĹÄ. MĂłwiÄ
c w skrĂłcie: chodzi o to, Ĺźe czĹowiek spotyka Chrystusa i Ruch za poĹrednictwem Ĺwietnych przyjaciĂłĹ; te oblicza stajÄ
siÄ czymĹ zasadniczym, niczym potrzebne do oddychania powietrze. Później jednak, z najróşniejszych powodĂłw, pewnego dnia nie ma ich juĹź przy tobie i wszystko staje siÄ trudne. Dni sÄ
puste, a wspĂłlnota bez tych twarzy staje siÄ czymĹ, z czego trzeba siÄ wycofaÄ, czymĹ, co straciĹo swĂłj powab. Wiele osĂłb w takiej sytuacji odchodzi od Ruchu, inni ĹźyjÄ
z zaciÄ
gniÄtym hamulcem rÄcznym, kombinujÄ
c, jakby tu rozwiÄ
zaÄ problem. Na filmie zaprezentowanym podczas Meetingu na stoisku Bractwa Ĺw. Karola Boromeusza przeczytaĹem: âNie moĹźna wyrzuciÄ krzyĹźa, ktĂłry daĹ ci Chrystus, po to, by szukaÄ prostszego Ĺźyciaâ. To, co widziaĹem na Meetingu, moĹźe staÄ siÄ wytchnieniem dla caĹego Ĺwiata. Meeting przypomniaĹ mi, Ĺźe problemem Ĺźycia nie jest ciÄ
gĹe przebywanie ze swoimi najlepszymi przyjaciĂłĹmi, ale uĹwiadamianie sobie we wszystkich i poprzez wszystkie okolicznoĹci, Kto pochwyciĹ nas za poĹrednictwem tych przyjaciĂłĹ. MoĹźe nie byÄ przy tobie twoich przyjaciĂłĹ, bÄdzie jednak Chrystus. To nie struktura poza mnÄ
jest wadliwa, ale to ja po raz kolejny muszÄ siÄ nawrĂłciÄ i staÄ siÄ dzieckiem. Problemem Ĺźycia staje siÄ bezustanne odnajdywanie (a nieposzukiwanie w niepewnoĹci czegoĹ, co odeszĹo) Chrystusa w kaĹźdych okolicznoĹciach, a nie zamykanie Go w strukturach. Chrystus rozsadza kaĹźdÄ
ograniczonÄ
strukturÄ, przygarnia caĹy Ĺwiat, czyli wszystkich: bardziej lub mniej drogich przyjaciĂłĹ, wrogĂłw i caĹÄ
resztÄ. Bardzo chcÄ poszukiwaÄ Chrystusa we wszystkich spotykanych ludziach i traktowaÄ powaĹźnie pracÄ na Szkole WspĂłlnoty z osobami z Ruchu, ktĂłre zostaĹy mi dane. Dramatycznie piÄkne jest to, Ĺźe Chrystus odpowiada i nie opuszcza. Kilka tygodni temu spotkaĹem w Hiszpanii mojÄ
przyjaciĂłĹkÄ, ktĂłra czuĹa siÄ bardzo samotna (nie wiedziaĹem o tym!). MĂłj przyjazd staĹ siÄ zdumiewajÄ
cÄ
okazjÄ
do tego, by pozwoliÄ Chrystusowi na to, by przytuliĹ nas na nowo. Gdy na mnie patrzyĹa, myĹlaĹem o tym, jak genialny jest Chrystus, ktĂłry byĹ z niÄ
i ze mnÄ
w zupeĹnie nieoczekiwany i niezaplanowany sposĂłb. Nie jesteĹmy stworzeni do tego, by ustalaÄ strategie szczÄĹcia, ale po to, by wyciÄ
gaÄ naszÄ
dĹoĹ ku dĹoni Chrystusa, zawsze obecnego w naszym Ĺźyciu. Tylko Jego towarzystwo moĹźe zwyciÄĹźyÄ naszÄ
samotnoĹÄ. DziÄkujÄ Meetingowi i Ruchowi za danÄ
mi pewnoĹÄ co do tego, Ĺźe zostaĹem stworzony dla caĹego Ĺwiata, a nie dla jakiegoĹ bezpiecznego, wyizolowanego miejsca. Teraz kontaktujÄ siÄ (dzwoniÄ, piszÄ e-maile) z moimi najbliĹźszymi przyjaciĂłĹmi, opowiadajÄ
c im o zawieranych przyjaĹşniach i spotykanych ludziach. Smutek z powodu ich oddalenia jest â nikt go nie usunie, nie jest to juĹź jednak problem, poniewaĹź On nie opuszcza mnie ani na sekundÄ.
Cristian, Monaco (Niemcy)
KAWALEROWIE âPIÄKNIE JEST
âWitaj ksiÄĹźe CarrĂłnie, uczÄ w gimnazjum. Wszystko, o czym chcÄ Ci opowiedzieÄ, zaczÄĹo siÄ w Rzymie, podczas modlitwy AnioĹ PaĹski na Placu Ĺw. Piotra. Zawsze miaĹam dystans do tego rodzaju wydarzeĹ, ale zdecydowaĹam siÄ pojechaÄ. Do domu wrĂłciĹam poruszona, poniewaĹź, po pierwsze, posĹuszeĹstwo to zysk â wrĂłciĹam szczÄĹliwsza; po drugie, zobaczyĹam wspĂłlnotÄ wierzÄ
cych, ktĂłra mnie wspiera; ktĂłra wspiera, poniewaĹź otrzymuje wsparcie. NastÄpnego dnia wkroczyĹam do klasy odmieniona. W przeciÄ
gu ostatnich dwĂłch lat nie zaproponowaĹam niczego konkretnego. WrĂłciĹam jednak do szkoĹy ze ĹwiadomoĹciÄ
oraz pewnoĹciÄ
, Ĺźe jestem narzÄdziem, ktĂłre otrzymuje wsparcie, i Ĺźe nic nie zaleĹźy od moich zdolnoĹci albo umiejÄtnoĹci, ale Ĺźe za poĹrednictwem moim i swojego ludu to Chrystus wszystkiego dokonuje i mnie podtrzymuje. Ja natomiast muszÄ zaczÄ
Ä dziaĹaÄ. Po dwĂłch latach zdobyĹam juĹź zaufanie dyrektora szkoĹy, dlatego zdecydowaĹam siÄ zaproponowaÄ dzieciakom organizowany przez Ruch wyjazd wakacyjny, mĂłwiÄ
c im tylko, by mi zaufaĹy, Ĺźe bÄdzie piÄknie. Ostatecznie do San Martino di Castrozza zdecydowaĹo siÄ pojechaÄ wraz z grupÄ
trzystu KawalerĂłw z Brianzy [inicjatywa proponowana uczniom gimnazjĂłw] 15 uczniĂłw w wieku 13 lat. ByĹam zaniepokojona: pewnie nie bÄdÄ
brali udziaĹu w niczym, nie znajÄ
piosenek, bÄdÄ
rozrabiaÄ. Pierwszego wieczoru usiadĹam obok nich, by ich obserwowaÄ. WzruszyĹam siÄ, poniewaĹź byli bardziej obecni ode mnie, tak bardzo zajÄtej âkontrolowaniemâ ich: bawili siÄ, Ĺpiewali, sĹuchali, starali siÄ braÄ udziaĹ w modlitwie, zĹoĹcili siÄ, poniewaĹź nie znali piosenek, chcieli siÄ ich jednak nauczyÄ... CaĹe wakacje przeĹźyli w ten sposĂłb. Podczas spotkaĹ w grupach nie chciaĹam nic mĂłwiÄ, chciaĹam, Ĺźeby to oni opowiadali o tym, co im siÄ podobaĹo albo przeszkadzaĹo podczas caĹego dnia. A oni zwyczajnie, bez gĂłrnolotnych sĹĂłw mĂłwili, Ĺźe nigdy wczeĹniej nie dostrzegali gĂłr; Ĺźe âpiÄkniej jest bawiÄ siÄ w ten sposĂłb wraz z kolegami i Ĺźe wszystko, co wydarza siÄ podczas tych dni, jest dziwneâ. To prawda, Ĺźe jest dziwne â mĂłwiĹam do siebie; jest to jednak dziwnoĹÄ, ktĂłra caĹkowicie pozyskuje sobie czĹowieka. Po skoĹczonych wakacjach, zapytali mnie, czy moĹźemy kontynuowaÄ spotkania KawalerĂłw. PowiedziaĹam im, Ĺźe z mojej strony nie ma Ĺźadnego problemu, proszÄ
c, by wybrali dla siebie jakÄ
Ĺ nazwÄ. OdpowiedĹş: Kawalerowie âPiÄknie jestâ. PowiedziaĹam, Ĺźe moĹźe nie jest to najodpowiedniejsza nazwa... ZapytaĹam ich jednak, dlaczego chcÄ
siÄ tak nazywaÄ. Wtedy Tobbia odpowiedziaĹ: âProszÄ Pani, bo jest piÄknie! â A wiÄc nazwa zatwierdzona!â â i tak rozpoczÄ
Ĺ siÄ nowy rok, ze ĹwiadomoĹciÄ
naszej nieodpowiednioĹci, a jednoczeĹnie zasadniczego znaczenia. JesteĹmy zbyt cenni, Chrystus dziaĹa poprzez nas, dajÄ
c nam swoje wsparcie, nie moĹźemy pozwoliÄ na to, by pozostawaÄ w uĹpieniu albo, co gorsza, byÄ zbyt pochĹoniÄtymi czymĹ âinnymâ. Tylko Chrystus moĹźe chwyciÄ za serce wszystkich, rĂłwnieĹź nowych KawalerĂłw âPiÄknie jestâ; tylko Chrystus jest tÄ
dziwnoĹciÄ
, ktĂłra zdobywa na zawsze.
Valeria
ZNAK KRZYĹťA NA CZOLE MOJEGO PRZYJACIELA
Drogi ksiÄĹźe JuliĂĄnie, od lat nurtowaĹo mnie to, co powtarzaĹ mi pewien zaprzyjaĹşniony ksiÄ
dz z Ruchu: jeĹli w Ĺźyciu nie doĹwiadczasz bĂłlu i cierpienia, powinieneĹ zaczÄ
Ä siÄ niepokoiÄ, poniewaĹź bez nich âtakâ powiedziane Chrystusowi nie jest peĹne. Nie dawaĹo mi to spokoju, poniewaĹź nigdy w Ĺźyciu nie zaznaĹem wiÄkszego cierpienia. Tego roku byliĹmy z ĹźonÄ
na wspaniaĹych wakacjach. WrĂłciliĹmy z nich na poczÄ
tku wrzeĹnia, szczÄĹliwi, peĹni siĹ do rozpoczÄcia nowego roku. W niedzielÄ jednak, podczas wycieczki, mĂłj bardzo bliski przyjaciel, z ktĂłrym siÄ na niÄ
wybraĹem, nagle upadĹ i w przeciÄ
gu kilku minut umarĹ w moich ramionach. Pomimo tego Ĺźe jestem lekarzem, doznaĹem strasznego wstrzÄ
su i poczuĹem siÄ zupeĹnie bezsilny w obliczu tego faktu. Krzyk rozdzieraĹ mi serce. ZrozumiaĹem wĂłwczas, Ĺźe miaĹem tylko dwie moĹźliwoĹci: albo bluĹşniÄ Bogu, ktĂłrego przyzywaĹ mĂłj przyjaciel Santino, albo daÄ siÄ przytuliÄ Temu, ktĂłry uobecniĹ siÄ w tak bolesny i tajemniczy sposĂłb. KreĹlÄ
c znak krzyĹźa na czole odchodzÄ
cego przyjaciela, otwarĹem ramiona na Chrystusa, ĹźebrzÄ
c o Jego obecnoĹÄ. W tych dniach wĹaĹnie otrzymaĹem teĹź wrzeĹniowy numer âTracceâ, ktĂłrego fragment artykuĹu âOd redakcjiâ poraziĹ mnie: âObecny teraz, wspĂłĹczesny mi teraz. Zanim sam podejmÄ jakÄ
kolwiek inicjatywÄ, poniewaĹź wydarza siÄ, jak chce i gdzie chce. Potrzebuje jednak mojego ÂŤtakÂť oraz mojej pamiÄci, aĹźeby ÂŤjaÂť teraz rozpoznaĹo, Ĺźe przynaleĹźy do Niego, i by mogĹo siÄ zmieniÄâ.
Mauro, Varese
MYĹLEÄ JAK JAN I ANDRZEJ
Drogi ksiÄĹźe CarrĂłnie, moja mama jest caĹkowicie unieruchomiona. Pewnego ranka, gdy poszedĹem jÄ
odwiedziÄ, wchodzÄ
c do jej pokoju i widzÄ
c jÄ
na wĂłzku, z pochylonÄ
gĹowÄ
, przed telewizorem, ktĂłrego nie oglÄ
daĹa, ĹcisnÄĹo mi siÄ serce. ZaczÄ
Ĺem z niÄ
rozmawiaÄ, tak jak zazwyczaj, gdy mam trochÄ czasu: zadajÄ jej jakieĹ pytanie, a ona, z racji tego, Ĺźe nie moĹźe mĂłwiÄ z powodu tracheotomii, odpowiada mi, piszÄ
c na maĹej tabliczce. Bez dĹugiego zastanawiania siÄ nasunÄĹo mi siÄ pytanie: âMamo, czy ty kiedykolwiek myĹlisz o piÄknych chwilach, kiedy byĹaĹ mĹoda, ĹźyĹ tata, a my wszyscy mieszkaliĹmy jeszcze z wami?â. Wtedy ona napisaĹa: âNIEâ. Ta stanowcza odpowiedĹş nieco mnie zaskoczyĹa, zadaĹem wiÄc nastÄpne pytanie: âJak to moĹźliwe? Czy nigdy nie wspominasz jakiegoĹ piÄknego dnia, kiedy byliĹmy mali, jakichĹ szczÄĹliwych chwil?â. Na co ona zdecydowanie napisaĹa: âNIEâ. WidzÄ
c, Ĺźe pytania te bynajmniej nie wprawiajÄ
jÄ
w zakĹopotanie, zapytaĹem, dlaczego odpowiada tak lakonicznie. âPoniewaĹź to wszystko nie zmieniĹoby mojego obecnego poĹoĹźeniaâ â napisaĹa. UderzyĹa mnie doprawdy esencjonalnoĹÄ oraz prawdziwoĹÄ tej odpowiedzi. Potem zapytaĹem jÄ
: âCóş wiÄc robisz caĹy dzieĹ? Jak jesteĹ w stanie dotrwaÄ do wieczora?â. ZastanowiĹa siÄ chwilÄ i napisaĹa: âMyĹlÄ o Jezusie i modlÄ siÄâ. W ostatnim czasie czÄsto myĹlaĹem o tej rozmowie ze wzruszeniem i wdziÄcznoĹciÄ
, poniewaĹź pozwala mi ona zrozumieÄ lepiej niĹź jakiekolwiek inne moje rozwaĹźania, czym jest teraĹşniejszoĹÄ Chrystusa, i jak Ĺatwo przychodzi mi myĹleÄ o Nim jak o jakimĹ abstrakcyjnym koncepcie, zamiast rozpoznawaÄ Go w tym, co mam przed oczami. W trudnej i wyraĹşnie beznadziejnej sytuacji, w jakiej znajduje siÄ moja mama, nie mogÄ
c siÄ poruszaÄ, nie mogÄ
c mĂłwiÄ, zaleĹźÄ
c caĹkowicie od tego, kto akurat przy niej jest, jest pogodna i radosna. Jest wdziÄczna, gdy ktoĹ jÄ
odwiedzi; Ĺmieje siÄ, gdy ktoĹ powie coĹ zabawnego; chce, Ĺźeby zawoziÄ jÄ
na MszÄ Ĺw.; je ze smakiem. Wszystkich uderza ta jej niemoĹźliwa pogodnoĹÄ, ktĂłra lepiej niĹź milion sĹĂłw pokazuje, Ĺźe obecnoĹÄ Chrystus jest treĹciÄ
i speĹnieniem Ĺźycia, niezaleĹźnie od sytuacji, w jakiej ktoĹ siÄ znajdzie. Tak jak powiedziaĹeĹ nam podczas Inauguracji Roku Pracy: âMyĹleÄ o Nim powaĹźnie, sercem, oznacza myĹleÄ o Nim, jak myĹleli Jan i Andrzej, patrzÄ
c, jak mĂłwi, cali zafascynowani, przyciÄ
gniÄci Jego obecnoĹciÄ
, gdzie rozum, ktĂłry pozwalaĹ im wchodziÄ w gĹÄbiÄ tajemnicy tej osoby, byĹ ocalany przez uczucieâ.
Giovanni, Udine
WSPOMNIENIE O MANUELI
ZWYCIÄSTWO CHRYSTUSA W PEĹNYM PASJI âTAKâ
We wtorek, 23 listopada Manuela oprowadzaĹa kilkoro przyjacióŠpo Kaplicy SykstyĹskiej. W pewnym momencie zaczÄĹa objaĹniaÄ freski przedstawiajÄ
ce stworzenie Ĺwiata. âChciaĹa wprowadziÄ nas w samo dzieĹo z pasjÄ
, z ktĂłrÄ
wszystko robiĹaâ â opowiada Cristina, ktĂłra spÄdziĹa z niÄ
tamto popoĹudnie. Po kolacji doĹÄ
czyĹa do przyjaciĂłĹ. Z wĹaĹciwÄ
ludziom pochodzÄ
cym z Emilii-Romanii szczeroĹciÄ
â urodziĹa siÄ w San Piero in Bagno â mĂłwiĹa o tym, jak chciaĹaby ĹwiÄtowaÄ 30-lecie bycia w Memores Domini, opowiadaĹa o swoim pobycie w Tunisie, gdzie posĹugiwaĹa biskupowi Fouadowi Twalowi. Tego samego wieczoru Pan zabraĹ jÄ
do siebie â zginÄĹa potrÄ
cona przez samochĂłd, miaĹa 56 lat. WracaĹa wĹaĹnie do Watykanu, byĹa bowiem czĹonkiem rodziny papieskiej. Wraz z innymi Memores Domini â CarmelÄ
, LoredanÄ
i CristinÄ
â posĹugiwaĹa w apartamentach papieskich. Do sĹuĹźby tej powoĹaĹ je Benedykt XVI w 2005 roku, po swoim wyborze na StolicÄ PiotrowÄ
. âMyĹlÄ
c o niej, o tamtym popoĹudniu, przepeĹnia mnie pokĂłj â mĂłwi dalej Cristina. â Manuela byĹa tak szczÄĹliwa, jakby byĹa osobÄ
caĹkowicie juĹź speĹnionÄ
. UderzaĹa mnie jej pasja: pragnÄĹa, by kaĹźdy gest byĹ ofiarÄ
skĹadanÄ
Boguâ. Jej dzieĹ wypeĹniaĹy proste czynnoĹci, ktĂłre wykonuje siÄ w domu kaĹźdego dnia: ĹcieliĹa Ĺóşka, posĹugiwaĹa do stoĹu... A wszystko to dla Niego.
Ojciec ĹwiÄty modliĹ siÄ o spokĂłj duszy Manueli 24 listopada podczas Mszy Ĺw. odprawionej w prywatnej kaplicy. Po raz pierwszy napisaĹ teĹź nekrolog, ktĂłry zostaĹ opublikowany w âLâOsservatore Romanoâ: âJego ĹwiÄ
tobliwoĹÄ Benedykt XVI, przepeĹniony bĂłlem z powodu nagĹej Ĺmierci wspĂłĹpracownicy Manueli Camagni, zanosi do Pana modlitwy o spokĂłj jej duszy, ĹÄ
czÄ
c siÄ w bĂłlu ze WspĂłlnotÄ
Memores Domini oraz pogrÄ
ĹźonÄ
w ĹźaĹobie RodzinÄ
opĹakiwanej ZmarĹejâ.
W KsiÄdze Hioba czytamy: âDaĹ Pan i zabraĹ Pan. Niech bÄdzie imiÄ PaĹskie bĹogosĹawione!â. W tym najwiÄkszym bĂłlu, jakim jest ĹmierÄ, nigdy nie brakuje objÄcia Pana. Jak napisaĹ ksiÄ
dz JuliĂĄn CarrĂłn w przesĹaniu wystosowanym do caĹego Ruchu: âDrodzy przyjaciele, nagĹa ĹmierÄ naszej przyjaciĂłĹki Manueli Camagni jest tajemniczym sposobem, w jaki Pan nakazuje nam myĹleÄ o Sobie, odnawiajÄ
c pewnoĹÄ, Ĺźe ÂŤwĹos z gĹowy wam nie zginieÂť, jak mĂłwiĹa nam dzisiejsza Liturgia. Przylgnijmy jeszcze mocniej do Ojca ĹwiÄtego, jak synowie, ktĂłrzy chcÄ
we wszystkim podzieliÄ jego zranione czĹowieczeĹstwo. ÂŤNikt nie ma wiÄkszej miĹoĹci od tej, gdy ktoĹ Ĺźycie swoje oddaje za przyjacióŠswoichÂť. Oddawanie Ĺźycia ukazywaĹo siÄ w sposĂłb oczywisty i zaskakujÄ
cy zarĂłwno w gotowoĹci Manueli do misji, w jej doĹwiadczeniu z Tunisu, jak i w sĹuĹźbie Ojcu ĹwiÄtemu. Niech jej ofiara odnowi w nas wszystkich prawdÄ naszego ÂŤtakÂť, aby zwyciÄstwo Chrystusa coraz bardziej potwierdzaĹo siÄ w naszych sercach. Niech KsiÄ
dz Giussani wyprasza u Matki Boskiej dar wiecznego szczÄĹcia dla naszej przyjaciĂłĹki i pocieszenia dla PapieĹźaâ.
P.B.
PLAKAT BOĹťONARODZENIOWY
TAMTO BOĹťE NARODZENIE 1960 ROKU
Obraz powstaĹ w AsyĹźu, prawdopodobnie w sam dzieĹ BoĹźego Narodzenia 1960 roku. Rok wczeĹniej Congdon przyjÄ
Ĺ chrzest w obrzÄ
dku katolickim. InspiracjÄ
dla jego malarstwa tego okresu jest wiÄc intensywnie przeĹźywana liturgia jako nieustanne odkrywanie. Tradycyjne, ludowe przedstawienie boĹźonarodzeniowej szopki przejawia siÄ wyraĹşnie w stylizowanych, niemal dzieciÄcych, figurkach Matki BoĹźej i DzieciÄ
tka. Scena jednak wpisuje siÄ w pewien rodzaj âkosmicznego dramatuâ: ogromna czeluĹÄ o rdzawych Ĺcianach wypeĹnia siÄ oĹlepiajÄ
cym ĹwiatĹem po samo dno, gdzie krata wydrapanych linii przypomina monotonne i wyludnione plany nowoczesnych miast, czÄsto przedstawiane we wczeĹniejszych dzieĹach. W gĂłrnej czÄĹci obrazu natomiast, na odwrĂłt, przy pomocy nerwowych bohomazĂłw, artysta sugeruje ĹźywioĹowÄ
radoĹÄ anioĹĂłw, przypominajÄ
cÄ
lot goĹÄbic. Z drugiej strony postaÄ Matki BoĹźej, przysiadujÄ
cej na czymĹ, co przypomina kamiennÄ
pĹytÄ oĹtarza, tym bardziej, Ĺźe powyĹźej wznosi siÄ coĹ w rodzaju lekkiego baldachimu. To jest wydarzenie Wcielenia, niezwykle sugestywnie przedstawione w swoich trzech wymiarach: historycznym, liturgicznym i kosmicznym.
Rodolio Balzarotti