Ślady, numer 5 / 2010 (wrzesieĹ / paĹşdziernik) Spotkania. La Thuile
NawrĂłciÄ spojrzenie ZamieszkaÄ w sercu Nowego Jorku to jak wejĹÄ w nowoĹźytny Ĺwiat po Chrystusie bez Chrystusa, opisany przez PĂŠguyego we fragmencie, ktĂłry byĹ czytany w czasie rekolekcji Bractwa: âUdaĹo im siÄâ. UdaĹo im siÄ doskonale. Po mojej stronie byĹa tylko jedna rzecz, jedyny wielki skarb: ten sposĂłb patrzenia na czĹowieka, ktĂłrego wszyscy uczymy siÄ od ksiÄdza Giussaniego. Marta Cartabia
Na przeĹomie sierpnia i wrzeĹnia w La Thuile, maĹej gĂłrskiej miejscowoĹci w Valle dâAosta we WĹoszech, u stĂłp Mont Blanc, odbyĹo siÄ MiÄdzynarodowe Spotkanie Odpowiedzialnych za ruch Komunia i Wyzwolenie, na ktĂłre przybyĹo ponad piÄÄset osĂłb z caĹego Ĺwiata. Zapis treĹci tego spotkania, zatytuĹowany Ĺťycie jest pamiÄciÄ
o Mnie, znajdziecie na naszej stronie (www.cl.opoka.org.pl). ZachÄcamy do wnikliwej lektury tych tekstĂłw. Niech stanÄ
siÄ one punktem wyjĹcia do uwaĹźnej i pogĹÄbionej pracy, tak by peĹne zdumienia pytanie Nikodema, przypomniane nam podczas ostatnich rekolekcji Bractwa, staĹo siÄ pĹynÄ
cym z gĹÄbi naszego serca, wypowiedzianym z przekonaniem stwierdzeniem: CzĹowiek, bÄdÄ
c starcem, moĹźe siÄ na nowo narodziÄ (por. J 3, 4).
PoniĹźej proponujemy jedno ze Ĺwiadectw, ktĂłrego wysĹuchaliĹmy w tamtych dniach. Przytaczamy je, poniewaĹź wielu uczestnikĂłw spotkania zareagowaĹo na nie niezwykle Ĺźywo. ZdumiewajÄ
ce byĹo to, Ĺźe niemal wszyscy oni â takĹźe my, Polacy â podsumowali je krĂłtkim stwierdzeniem: âU nas jest tak samoâ. ByÄ moĹźe skala problemu jest nieco mniejsza, ale â niestety â âjest tak samoâ.
Marta Cartabia wykĹada prawo konstytucyjne na Uniwersytecie Milano-Bicocca. W ubiegĹym roku otrzymaĹa propozycjÄ wyjazdu do Nowego Jorku, by tam kontynuowaÄ swojÄ
pracÄ naukowÄ
. WahaĹa siÄ przed podjÄciem decyzji, ale miÄdzy innymi po rozmowie z ksiÄdzem CarrĂłnem postanowiĹa zaryzykowaÄ i odpowiedzieÄ na rzucone jej wyzwanie. Po roku spÄdzonym za Oceanem opowiada o swoim doĹwiadczeniu. Opowiada o Nowym Jorku, w ktĂłrym wszystko jest piÄkne i doskonaĹe; Nowym Jorku, ktĂłry â jak szybko siÄ o tym przekonaĹa â wydaje siÄ urzeczywistnieniem projektu âĹwiata po Chrystusie bez Chrystusaâ; projektu, w ktĂłrym nie brakuje nawet Ĺmierci Boga, wspĂłĹistniejÄ
cej z âmieszczaĹskÄ
religijnoĹciÄ
â (Nietzsche). Gdzie tym, co liczy siÄ najbardziej, jest sukces. Czy przypadkiem nie o tym pisaĹ Eliot: âUstawicznie prĂłbujÄ
uciekaÄ / Z zewnÄtrznych i wewnÄtrznych ciemnoĹci, / RojÄ
c o ustrojach tak doskonaĹych, Ĺźe nikt nie musi byÄ dobryâ (T. S. Eliot, ChĂłry z âOpokiâ, w: tenĹźe, W moim poczÄ
tku jest mĂłj kres, tĹum. A. Pomorski, Warszawa 2007, s. 194)?
Na szczÄĹcie zanurzeni w tym Ĺwiecie mamy po swojej stronie âwielki skarb: ten sposĂłb patrzenia na czĹowieka, ktĂłrego wszyscy uczymy siÄ od ksiÄdza Giussaniegoâ.
Ĺwiat po Jezusie bez Jezusaâ. ZamieszkaÄ â jak wydarzyĹo siÄ to mnie i mojej rodzinie w ubiegĹym roku â w sercu Nowego Jorku â to jak wejĹÄ w ten nowoĹźytny Ĺwiat po Chrystusie bez Chrystusa, opisany przez PĂŠguyego we fragmencie, ktĂłry byĹ czytany w czasie rekolekcji Bractwa. OczywiĹcie ten opis dotyczy caĹego Ĺwiata zachodniego, ale o ile Europa wydaje siÄ nadal polem bitwy o unicestwienie cywilizacji chrzeĹcijaĹskiej, ktĂłra wciÄ
Ĺź istnieje, w Nowym Jorku uderza fakt, Ĺźe projekt ten wydaje siÄ juĹź doprowadzony do koĹca. Jak mĂłwi PĂŠguy: âUdaĹo im siÄâ. Przychodzi mi dodaÄ, Ĺźe udaĹo im siÄ doskonale. ChciaĹabym wyjĹÄ od tego âudaĹo im siÄâ, poniewaĹź z punktu widzenia doĹwiadczenia wĹaĹnie takie jest pierwsze wraĹźenie, gdy siÄ tam przyjeĹźdĹźa: czĹowiek zostaje oĹlepiony sukcesem.
UdaĹo im siÄ: Nowy Jork jest zdumiewajÄ
cym miastem, z piÄknÄ
przyrodÄ
i godnym podziwu dzieĹem czĹowieka, wszystko dziaĹa, w niewytĹumaczalny sposĂłb ĹźyjÄ
wspĂłlnie miliony osĂłb wszystkich ras, ktĂłre mĂłwiÄ
w ponad 60 jÄzykach â i muszÄ tu przyznaÄ, Ĺźe ja sama, z caĹÄ
rodzinÄ
, natychmiast daĹam siÄ porwaÄ. MoĹźe tajemnicÄ
sukcesu â przynajmniej tak przedstawiĹo siÄ to moim oczom przybysza, ktĂłry mieszka tam przez rok â jest to, Ĺźe do kaĹźdego aspektu Ĺźycia podchodzi siÄ z ogromnym profesjonalizmem: âbĂłg-pracaâ przynosi owoce. To wszystko ma wielkie zalety: Ĺźyje siÄ dobrze, mniej czasu poĹwiÄca siÄ na organizowanie Ĺźycia, wszystko jest bardzo zadbane, itd. Przy jednym maĹym szczegĂłle, ktĂłry chciaĹabym przedstawiÄ, odwoĹujÄ
c siÄ do pewnego epizodu z mojego Ĺźycia na uniwersytecie. Poziom uczelni amerykaĹskich jest bardzo wysoki i oczywiĹcie, zwĹaszcza w pierwszych miesiÄ
cach, wszystko budziĹo we mnie ogromny entuzjazm. UderzaĹ mnie przede wszystkim fakt, Ĺźe tyle miejsca i uwagi poĹwiÄcano spoĹecznemu wymiarowi Ĺźycia wykĹadowcĂłw i studentĂłw, ktĂłry u nas jest niemal nieobecny. New York University, gdzie pracowaĹam, wydawaĹ mi siÄ rajem: koledzy na bardzo wysokim poziomie, wielka serdecznoĹÄ i moĹźliwoĹÄ wspĂłĹpracy, przepiÄkne gabinety z licznymi dzieĹami sztuki na Ĺcianach i muzykÄ
klasycznÄ
rozbrzmiewajÄ
cÄ
przez caĹy dzieĹ. A jednak, z biegiem czasu coraz czÄĹciej sĹyszaĹam, jak koledzy narzekali w jakiĹ sposĂłb zmÄczeni: âTÄskniÄ za domem â mĂłwili â tutaj czujÄ siÄ samotny i zuboĹźaĹyâ. ZuboĹźaĹy. ZdumiewajÄ
ce: nawet Nowy Jork nie wystarcza sercu czĹowieka.
Po Jezusie, bez Jezusa: kolejnym faktem, ktĂłry zauwaĹźa siÄ natychmiast po dotarciu na Manhattan jest ĹcisĹy rozdziaĹ pomiÄdzy Ĺźyciem publicznym i zawodowym a aktywnoĹciÄ
religijnÄ
. I musimy siÄ w tym punkcie zrozumieÄ, poniewaĹź amerykaĹska rzeczywistoĹÄ jest skomplikowana. To prawda: Amerykanie sÄ
bardzo religijni, prawdopodobnie znacznie bardziej od nas, EuropejczykĂłw, i jest tam rĂłwnieĹź bardzo wielu âpraktykujÄ
cych katolikĂłwâ. WĹrĂłd symptomĂłw tej religijnoĹci zawsze uderzaĹ mnie fakt, Ĺźe na niedzielnej Mszy Ĺw. dla studentĂłw z mojego uniwersytetu koĹcióŠbyĹ wypeĹniony setkami mĹodych ludzi. A jednak po tych wszystkich ludziach nie byĹo Ĺladu w normalnym Ĺźyciu uczelnianym. ChoÄ instytucja jest bardzo uwaĹźna i gotowa sĹuĹźyÄ stowarzyszeniom studenckim, zwĹaszcza tym zasadzajÄ
cym siÄ na religii, przez caĹy rok nie zobaczyĹam Ĺźadnego wyrazu obecnoĹci tych setek katolickich dzieciakĂłw, ktĂłre wypeĹniaĹy koĹcióŠna niedzielnej Mszy Ĺw., Ĺźadnego osÄ
du publicznego, Ĺźadnego znaku rozpoznawalnoĹci.
A zatem âbez Chrystusaâ nie oznacza, Ĺźe brakuje religijnego wymiaru w Ĺźyciu ludzi, ale, z tego co widziaĹam, chodzi o religijnoĹÄ niewidzialnÄ
i nieingerujÄ
cÄ
w nic.
Pewnego dnia, czytajÄ
c coĹ w ramach mojej pracy, natrafiĹam na tÄ analizÄ Ernesta Fortina, ktĂłrÄ
uznaĹam za bardzo trafnÄ
wobec tej sytuacji: âNietzsche od dawna przygotowywaĹ nas na to, Ĺźe ĹmierÄ Boga doskonale da siÄ pogodziÄ z ÂŤmieszczaĹskÄ
religijnoĹciÄ
Âť (...). Nie sÄ
dziĹ on nawet przez moment, Ĺźe nastÄ
piĹ koniec religii. Tym, co poddawaĹ w wÄ
tpliwoĹÄ, byĹa zdolnoĹÄ religii do poruszania osoby i otwierania jej umysĹu (...). Religia staĹa siÄ produktem konsumpcyjnym, formÄ
rozrywki jak kaĹźda inna, ĹşrĂłdĹem pocieszenia dla sĹabych (...) lub teĹź stacjÄ
usĹug emotywnych, majÄ
cÄ
zaspokajaÄ pewne nieracjonalne potrzeby â ktĂłrym jest w stanie uczyniÄ zadoĹÄ lepiej niĹź wszystko inne. MoĹźe to brzmieÄ jednostronnie, ale diagnoza Nietzschego trafiaĹa w sednoâ (E. L. Fortin, The Regime of Separatism. Theoretical Considerations on the Separation of Church and State, w: tenĹźe, Human Rights, Virtue and the Common Good, USA 1996, s. 8, podkreĹlenia â M. C.).
To byĹ dokĹadny opis tego, co widziaĹam na wĹasne oczy: spoĹeczeĹstwa bez Chrystusa, a w gruncie rzeczy, spoĹeczeĹstwa, ktĂłre â kiedy nawet siÄ nie spostrzegamy â osĹabia naszÄ
relacjÄ z Chrystusem, czyni jÄ
niemÄ
i nie majÄ
cÄ
wpĹywu na nasze Ĺźycie osobiste i spoĹeczne, redukuje jÄ
do emotywnych czy sentymentalnych momentĂłw religijnoĹci lub â co gorsza â do schematĂłw zachowaĹ.
ByÄ moĹźe najbardziej zaskakujÄ
cym tego aspektem jest fakt, Ĺźe wszystko to dzieje siÄ w ojczyĹşnie wolnoĹci religijnej: pod tym wzglÄdem konstytucja amerykaĹska jest wzorem dla wszystkich innych, jak stwierdzaĹ wielokrotnie rĂłwnieĹź PapieĹź. Nikt i nic nie zabrania publicznego wyraĹźania wĹasnej religijnoĹci, Ĺźadna ustawa czy inna regulacja prawna. To nie przeĹladowanie, ale raczej konformizm doprowadza do takiej sytuacji. Nikt tego nie zabrania, nikt jednak nie Ĺmie teĹź przeĹźywaÄ w peĹni wĹasnej religijnoĹci tak, by nadawaĹa ksztaĹt caĹemu Ĺźyciu. Jest dokĹadnie tak, jak mĂłwiĹ SoĹĹźenicyn w swoim sĹynnym przemĂłwieniu na Harvardzie w 1978 roku: w krajach totalitarnych cierpi siÄ na prawdziwy brak wolnoĹci, natomiast w krajach zachodnich jest wolnoĹÄ, doprowadzona wrÄcz do ostatecznych granic, ale jeĹli popatrzy siÄ uwaĹźnie, to moĹźna zrozumieÄ, Ĺźe wyraĹźa ona zawsze âzuniformizowane [jednolite] orientacje, skierowane w tym samym kierunku (zgodnym z duchem czasu), sÄ
dy utrzymywane wewnÄ
trz okreĹlonych granic akceptowanych przez wszystkich, byÄ moĹźe rĂłwnieĹź wspĂłlne interesy korporacyjne â a rezultatem tego wszystkiego nie jest konkurencja, ale pewnego rodzaju unifikacja [ujednolicenie]â (A. SolĹženicyn, Un mondo in frantumi, tekst przemĂłwienia na Harwardzie, dodatek do âCL-Litterae Communionisâ, nr 10/1978, s. 8.). Na Zachodzie spoĹeczeĹstwo Ĺźyje bez Chrystusa nie dlatego, Ĺźe brakuje formalnej, prawnej czy politycznej wolnoĹci, ale z powodu dziwnego konformizmu, ktĂłry w sobie dostrzegamy, nasze Ĺźycie sterowane jest przez mentalnoĹÄ dominujÄ
cÄ
w Ĺrodowisku, w jakim siÄ znajdujemy.
WĹADZA I REDUKCJA CZĹOWIECZEĹSTWA. PamiÄtajÄ
c o tym, doznaĹam wielkiego wstrzÄ
su, kiedy ponownie czytaĹam teksty z Ekip zebrane w tomie Lâio rinasce in un incontro [Ja odradza siÄ w spotkaniu] (L. Giussani, Lâio rinasce in un incontro (1986â1987), Bur, Milano 2010), z powodu przewijajÄ
cego siÄ przez wszystkie jego czÄĹci, zwĹaszcza w Czarnobylu i dalej, zaniepokojenia o to, jak bardzo nasze czĹowieczeĹstwo jest wystawione na toksyczne promieniowanie wĹadzy i dominujÄ
cej mentalnoĹci. KsiÄ
dz Giussani widziaĹ we âwĹadzyâ albo w âdominujÄ
cej mentalnoĹciâ â te dwa pojÄcia czÄsto sÄ
uĹźywane zamiennie â powaĹźne zagroĹźenie dla osoby, dla naszego doĹwiadczenia, a idÄ
c dalej w gĹÄ
b â dla naszej relacji z Chrystusem: âWĹadza nie moĹźe przeszkodziÄ spotkaniu, prĂłbuje jednak przeszkodziÄ temu, by staĹo siÄ ono historiÄ
â (tamĹźe, s. 247), a wiÄc oddziaĹuje na trwanie w czasie, na trwaĹoĹÄ, na nasze âpozostawanieâ.
W jaki sposĂłb?
Tutaj, muszÄ powiedzieÄ, byĹam niezwykle poruszona, bo odkryĹam coĹ bardzo odmiennego od tego, co dotÄ
d sÄ
dziĹam na ten temat.
SprĂłbujÄ wyjaĹniÄ to w ten sposĂłb: patrzÄ
c na ogĂłlny klimat kulturowy, cywilizacjÄ po Chrystusie bez Chrystusa, w ktĂłrej Ĺźyjemy, ktĂłra w tak oczywisty sposĂłb nienawidzi cywilizacji chrzeĹcijaĹskiej, podobnie jak (tak mi siÄ wydaje) wielu z nas, wyobraĹźaĹam sobie wĹadzÄ jako coĹ zewnÄtrznego, co w gruncie rzeczy nas przeĹladuje. ByÄ moĹźe rĂłwnieĹź z powodu pracy, jakÄ
wykonujÄ, czÄsto myĹlaĹam, Ĺźe Ĺźyjemy w epoce walki, niezrozumiani przez dominujÄ
cÄ
mentalnoĹÄ âliberalnÄ
â czy âradykalnÄ
â. UjmÄ to tak: zawsze odczytywaĹam te sĹowa o zagroĹźeniu czyhajÄ
cym ze strony wĹadzy (przez zbyt poĹpieszne wnioskowanie albo powierzchownoĹÄ) jako jakieĹ âprzeĹladowanieâ, czÄsto myĹlaĹam o sobie, Ĺźe naleĹźÄ do czegoĹ âodmiennegoâ od reszty Ĺwiata, i dlatego jestem atakowana, a niekiedy nawet karana. WĹrĂłd nas powtarzamy sobie czÄsto, Ĺźe nie dajemy siÄ zredukowaÄ do logiki powszechnej mentalnoĹci i róşnych kulturowych, intelektualnych, ekonomicznych, politycznych potÄg. UpraszczajÄ
c i kĹadÄ
c nieco wiÄkszy nacisk, powiedziaĹabym, Ĺźe w wielu przypadkach nasza relacja z âwĹadzÄ
â jest rozumiana w ten sposĂłb: Ĺwiat, spoĹeczeĹstwo, polityka sÄ
naszymi nieprzyjaciĂłĹmi, poniewaĹź one sÄ
wĹadzÄ
i chcÄ
nas zniszczyÄ.
Taka postawa oddaje prawdopodobnie jakÄ
Ĺ czÄĹÄ prawdy, ale to, co wydaĹo mi siÄ bardziej interesujÄ
ce w lekturze Lâio rinasce in un incontro, to fakt, Ĺźe podczas tamtych spotkaĹ ksiÄdza Giussaniego niepokoi przede wszystkim, jak mi siÄ zdaje, coĹ innego: widzi on, Ĺźe wĹadza osĹabia naszÄ
wiarÄ, redukujÄ
c ludzkÄ
strukturÄ kaĹźdego z nas. Opisuje wĹadzÄ jako coĹ, co zakrada siÄ do naszego wnÄtrza i przez to przestajemy pragnÄ
Ä na poziomie naszego czĹowieczeĹstwa, a zaczynamy goniÄ siÄ za pieniÄdzmi, sukcesem, wĹadzÄ
â wewnÄ
trz i poza Ruchem. Jak wszyscy.
Jak to siÄ dzieje?
KsiÄ
dz Giussani ujmuje to bardzo jasno: przez pomniejszenie naszego pragnienia. WĹadza pomniejsza pragnienia, opierajÄ
c siÄ na naszej naturalnej skĹonnoĹci do âsĹaboĹci afektywnejâ i do ârozproszeniaâ. A kiedy pragnienie jest pomniejszone, osĹabione, nadwÄ
tlone, zaczynamy podÄ
ĹźaÄ za kaĹźdym boĹźkiem.
KaĹźdy czas i kaĹźde miejsce ma swoje boĹźki: pracÄ, karierÄ, pieniÄ
dze, sukces uczuciowy, wĹadzÄ politycznÄ
lub wĹadzÄ innego rodzaju. W takiej czy innej formie, niedostrzegalnie rozrasta siÄ w nas i zaczyna dominowaÄ ludzka postawa, w ktĂłrej jesteĹmy tym, co robimy, jesteĹmy wypeĹnieni samymi sobÄ
. To przeciwieĹstwo âTyâ, ktĂłre panuje, o ktĂłrym mĂłwiono na rekolekcjach Bractwa: âTo zwyciÄstwo wĹadzy szuka swojej przestrzeni w naszej codziennoĹci (...), wykorzystujÄ
c naszÄ
sĹaboĹÄ wobec codziennoĹci (...), dlatego pamiÄtajmy, Ĺźe w codziennoĹci sĹuĹźymy albo wĹadzy, albo KomuĹ Innemu przez duĹźe I, sĹuĹźymy albo wĹadzy, albo Tajemnicy, ktĂłra dziaĹa, uĹźywajÄ
c naszych rÄ
kâ (tamĹźe, s. 193â194).
W ten sposĂłb atakuje nas wĹadza, nie tyle (albo nie tylko) prĂłbujÄ
c wyeliminowaÄ nas z historii (to byÄ moĹźe rĂłwnieĹź), ale przede wszystkim, upodabniajÄ
c nas do siebie.
Dlatego, jak byĹo powiedziane we wprowadzeniu, rĂłwnieĹź i my moĹźemy przyczyniaÄ siÄ do rozwoju tej cywilizacji po Chrystusie bez Chrystusa. RĂłwnieĹź i my moĹźemy, nie zdajÄ
c sobie z tego sprawy, ucieleĹniaÄ tÄ samÄ
logikÄ wĹadzy, choÄ bÄdziemy dalej robiÄ rzeczy ruchowe i koĹcielne. Najbardziej uderza mnie to, Ĺźe rĂłwnieĹź nasze inicjatywy â u ktĂłrych podstaw znajduje siÄ autentyczne poruszenie, szczera chÄÄ odpowiedzenia na pewnÄ
potrzebÄ, czy lepiej: na wezwanie KogoĹ Innego, kto przywoĹuje nas poprzez rzeczywistoĹÄ â zawsze mogÄ
staÄ siÄ naszÄ
zabawkÄ
, naszym boĹźkiem, tym, na czym opieramy naszÄ
osobowÄ
wartoĹÄ. A moĹźna to zobaczyÄ w sposobie, w jaki je âprzeprowadzamyâ: inicjatywy stajÄ
siÄ aktywizmem, nerwowym dziaĹaniem, jak gdyby brakowaĹo ĹwiadomoĹci, Ĺźe to KtoĹ Inny w rzeczywistoĹci dziaĹa w historii; gdzieĹ w gĹÄbi duszy oceniamy siÄ jak wszyscy, bazujÄ
c na sukcesie; popadamy w dokuczliwe samozadowolenie; jest nam trudno tolerowaÄ czyjeĹ uwagi; stajemy siÄ ideologiczni i polemiczni i w ten sposĂłb te inicjatywy, zamiast byÄ okazjÄ
do Ĺwiadectwa i obecnoĹci, degenerujÄ
siÄ, stajÄ
c siÄ przyczynÄ
podziaĹu miÄdzy nami i resztÄ
Ĺwiata.
Wydaje mi siÄ, Ĺźe ksiÄ
dz Giussani chce nas ostrzec przed tym, Ĺźe wĹadza nie jest pokusÄ
tylko dla âinnychâ. WĹadza przeraĹźajÄ
co nas pociÄ
ga. JesteĹmy naprawdÄ wystawieni na pokusy i dlatego moĹźemy szybko staÄ siÄ jednym ze stronnictw: w polityce, na uczelni, w Ĺwiecie gospodarki, itd. JednÄ
z wielu stron (zresztÄ
, w dzisiejszych czasach, stronÄ
przegrywajÄ
cÄ
). I w ten sposĂłb tracimy naszÄ
odmiennoĹÄ.
CiÄ
gle walczymy z wrogiem, ktĂłrego widzimy poza nami, podczas gdy on schwytaĹ nas juĹź w puĹapkÄ, zabraĹ nam nasze czĹowieczeĹstwo.
CzytajÄ
c ten tekst z Ekip [Lâio rinasce in un incontro], sÄ
dzÄ, Ĺźe zrozumiaĹam, iĹź najdelikatniejszym punktem jest to, Ĺźe wĹadza nas uwodzi, kaĹźÄ
c nam pragnÄ
Ä tego, co moĹźe nam daÄ i wÄ
tpiÄ we wszystko inne. JesteĹmy tak zajÄci sobÄ
, odwiecznym problemem potwierdzania siebie, Ĺźe w sposĂłb nieunikniony stajemy siÄ ofiarÄ
wĹadzy i dziaĹamy wedĹug niej. Albo panuje âTyâ, albo panuje logika wĹadzy.
Pod pewnymi wzglÄdami ta skĹonnoĹÄ nie jest ani nowoĹciÄ
, ani powodem do zgorszenia â jest to czÄĹÄ naszej ludzkiej kondycji. NajwiÄkszym problemem wydaje mi siÄ to, Ĺźe byÄ moĹźe nie jesteĹmy wystarczajÄ
co uczciwi wobec tej tendencji, ktĂłra w nas tkwi, i nie osÄ
dzamy jej, uznajÄ
c, Ĺźe jest wroga naszemu czĹowieczeĹstwu. ByÄ moĹźe nie jesteĹmy wystarczajÄ
co Ĺwiadomi tego, jak bardzo jesteĹmy naraĹźeni na nÄcÄ
cy gĹos wĹadzy. Czasem wrÄcz uwaĹźamy siÄ za zwolnionych od tej pokusy dziÄki temu, co spotkaliĹmy, dziÄki doĹwiadczeniu, do ktĂłrego naleĹźymy. W tym sensie uderzajÄ
cy jest w ksiÄ
Ĺźce z Ekip [Lâio rinasce in un incontro] nacisk, jaki ksiÄ
dz Giussani kĹadzie na osobistÄ
pracÄ (jak mĂłwiĹo siÄ rĂłwnieĹź we wprowadzeniu do rekolekcji), do tego stopnia, Ĺźe dla opisu tej pracy ksiÄ
dz Giussani czÄsto uĹźywa figury walki, wojny, bitwy (jak wtedy, gdy cytuje przepiÄknÄ
opowieĹÄ o Gedeonie, tamĹźe, s. 274): âDla tej codziennej walki z logikÄ
wĹadzy, dla tego codziennego zwyciÄĹźania pozorĂłw i tymczasowoĹci, by potwierdzaÄ tÄ obecnoĹÄ u poczÄ
tku wszystkich rzeczy w ich przeznaczeniu, ktĂłrym jest Chrystus â jak wielkiego osobistego poruszenia potrzeba! To jest zwyciÄstwo osoby nad alienacjÄ
ze strony wĹadzy. Jak wielkiego osobistego poruszenia potrzeba!â (tamĹźe, s. 194). Ta codzienna praca, by wyzwoliÄ nas od myĹlowych schematĂłw wĹadzy â mĂłwi dalej â jest prawdziwÄ
przemianÄ
mentalnoĹci, metĂ noiÄ
(por. tamĹźe, s. 273).
âWĹADZA LUDZI BEZ WĹADZYâ. Wydaje mi siÄ, Ĺźe zrozumienie, na jakiej pĹaszczyĹşnie ksiÄ
dz Giussani odnosi siÄ do tego wpĹywu dominujÄ
cej mentalnoĹci i wĹadzy, moĹźe wnieĹÄ poprawkÄ do naszego â a z pewnoĹciÄ
do mojego â sposobu wchodzenia w relacjÄ ze Ĺwiatem, z rzeczywistoĹciÄ
. W tym miejscu rĂłwnieĹź chciaĹabym opowiedzieÄ o ostatniej juĹź rzeczy, ktĂłrÄ
zrozumiaĹam lepiej w ciÄ
gu tego roku spÄdzonego w Nowym Jorku, poczÄ
wszy od mojej pracy.
Jak sygnalizowaĹam, w ostatnich latach czÄsto mi siÄ zdarzaĹo znajdowaÄ siÄ w centrum bitew i polemik kulturowych. Prawie zawsze, w caĹoĹci zanurzona w tej logice âbitwy kulturowejâ, poruszaĹam siÄ przede wszystkim, szukajÄ
c sojusznikĂłw wĹrĂłd najbliĹźszych mi, w sensie ideologicznym, osĂłb. MĂłwiÄ
c nieco brutalnie: szukaĹam ludzi, ktĂłrzy myĹlÄ
tak jak ja. W Nowym Jorku nie byĹo to moĹźliwe: z zaskoczeniem i zmieszaniem szybko musiaĹam zdaÄ sobie sprawÄ, Ĺźe moje Ĺrodowisko pracy byĹo jeszcze bardziej âliberalneâ, niĹź to siÄ zwykle zdarza.
Sytuacja kazaĹa mi zmierzyÄ siÄ naprawdÄ z âdominujÄ
cÄ
kulturÄ
â i nie mogĹam tego zrobiÄ, uĹźywajÄ
c gotowych wzorĂłw odpowiedzi (nawet jeĹli byĹy one sĹuszne). MusiaĹam pracowaÄ z innymi, ciÄ
gle dyskutowaÄ na workshopach [panelach dyskusyjnych] i seminariach, co jakiĹ czas przedstawiaÄ publicznie rezultaty moich badaĹ, wysĹuchiwaÄ krytyk i reakcji kolegĂłw oraz studentĂłw â w Ĺrodowisku zawodowym, w ktĂłrym otaczaĹy mnie osoby wyĹźej ode mnie postawione i o szerszych horyzontach, prawie wszystkie zanurzone w gĹĂłwnym nurcie aktualnie modnej kultury.
Po mojej stronie byĹa tylko jedna rzecz, jedyny wielki skarb: ten sposĂłb patrzenia na czĹowieka, ktĂłrego wszyscy uczymy siÄ od ksiÄdza Giussaniego oraz ksiÄdza CarrĂłna, podÄ
ĹźajÄ
c za Ĺźyciem Ruchu.
SprĂłbowaĹam zaryzykowaÄ i wĹÄ
czyÄ to spojrzenie do gry toczÄ
cej siÄ w mojej pracy, zarĂłwno do relacji z ludĹşmi, jak i metody prowadzenia badaĹ.
Kiedy na Wielkanoc ukazaĹ siÄ opublikowany w dzienniku âLa Repubblicaâ list ksiÄdza CarrĂłna dotyczÄ
cy pedofilii, jasno zobaczyĹam drogÄ pracy kulturowej, ktĂłrÄ
chciaĹam podjÄ
Ä, zanim jeszcze bÄdÄ szukaÄ sĹusznej odpowiedzi na problemy, ktĂłrym trzeba stawiÄ czoĹa, chciaĹam zrozumieÄ do gĹÄbi ludzkÄ
potrzebÄ. W tym liĹcie uderzaĹo to, Ĺźe nie chciaĹ on pominÄ
Ä kwestii potrzeby sprawiedliwoĹci (potrzeby ofiar, sprawcĂłw, spoĹeczeĹstwa), nie pomniejszaĹ jej, nie lekcewaĹźyĹ, ale â o ile byĹo to moĹźliwe â poszerzaĹ, aĹź do przywrĂłcenia jej pierwotnych rozmiarĂłw. Ten list prezentowaĹ odmiennÄ
od kaĹźdej innej postawÄ, poniewaĹź zanim jeszcze zaczÄto w nim poszukiwaÄ rozwiÄ
zaĹ, zajÄto siÄ ludzkim pytaniem, ktĂłre otworzyĹa smutna historia pedofilii. Nie byĹ defensywny, ale stawaĹ caĹkowicie po stronie czĹowieka, przynoszÄ
c jednak pewnÄ
nowoĹÄ zranionemu czĹowieczeĹstwu. WychodziĹ od czĹowieka, a przez to, od jego potrzeby, widzianej w caĹej jej prawdzie. JeĹli moĹźna byĹo w ten sposĂłb podejĹÄ do pedofilii â ktĂłra jest absolutnie najbardziej wytrÄ
cajÄ
cym z rĂłwnowagi problemem â to moĹźna w taki sam sposĂłb odnieĹÄ siÄ do wszystkiego. âW spotkaniu â mĂłwi ksiÄ
dz Giussani â zmienia siÄ odczytanie potrzeb (...), a to zwyciÄĹźa sugestie ze strony spoĹeczeĹstwa, zwyciÄĹźa sugestie ze strony wĹadzy (...), zaczyna siÄ odczytywaÄ problemy w Ĺwietle prawdy, ktĂłrÄ
siÄ spotkaĹoâ (tamĹźe, s. 362â363). To odczytywanie âredefiniowaĹoâ ludzkÄ
potrzebÄ sprawiedliwoĹci i przywracaĹo caĹy jej ogrom, dawaĹo wglÄ
d w gĹÄbiÄ czĹowieczeĹstwa. W tym momencie staĹo siÄ dla mnie jasne, Ĺźe nasza odmiennoĹÄ â zanim jeszcze na dawaniu odmiennych odpowiedzi â polega na odmiennym, gĹÄbszym, prawdziwszym patrzeniu na ludzkÄ
potrzebÄ. Tutaj wydaĹo mi siÄ jasne, Ĺźe wszystkie postulaty polityczne i spoĹeczne â nawet jeĹli sformuĹowane w sposĂłb chaotyczny, redukujÄ
cy i ostatecznie niewĹaĹciwy â mogÄ
stanowiÄ wielkÄ
okazjÄ do podejmowania kulturowej pracy, ktĂłra nie moĹźe siÄ ograniczaÄ do osÄ
dzania na zasadzie âwĹaĹciwe-niewĹaĹciweâ, ale wymaga cierpliwoĹci w stawaniu wobec pytania wyraĹźanego przez takie roszczenia; wymaga powaĹźnego potraktowania wszystkich pytaĹ i zrozumienia ich do gĹÄbi, zanim zaczniemy obmyĹlaÄ odpowiedzi.
Sytuacja âgranicznaâ, w ktĂłrej siÄ znajdowaĹam, kazaĹa mi rĂłwnieĹź caĹkowicie zmieniÄ metodÄ pracy: natychmiast zdaĹam sobie sprawÄ, Ĺźe postawa polemiczna zaprowadzi mnie donikÄ
d, podobnie jak sama apologetyka stanowiska katolickiego. MajÄ
c przed oczami wielkoĹÄ sposobu patrzenia na czĹowieka w Ruchu, chciaĹam szukaÄ jego ĹladĂłw wszÄdzie â u autorĂłw, ktĂłrych czytaĹam, i u osĂłb, z ktĂłrymi rozmawiaĹam. Najbardziej pasjonujÄ
ce byĹo wyruszenie na poszukiwanie odblaskĂłw prawdy u wszystkich autorĂłw pochodzÄ
cych z najróşniejszych stronnictw, i budowanie â wychodzÄ
c od tych punktĂłw â poszukujÄ
c jÄzyka i argumentacji zrozumiaĹych rĂłwnieĹź dla niekatolikĂłw. Gdybym tylko âatakowaĹaâ, poĹpiesznie przekreĹlajÄ
c majÄ
cÄ
wiÄkszoĹÄ kulturÄ, wdajÄ
c siÄ w âheroicznÄ
â polemikÄ, sÄ
dzÄ, Ĺźe nikt nie zaczÄ
Ĺby mnie nawet sĹuchaÄ. ZaskakujÄ
ce byĹo zdaÄ sobie sprawÄ, Ĺźe ten tak bardzo zsekularyzowany Ĺwiat moĹźe stanowiÄ wielkÄ
szansÄ, Ĺźe pragnienie prawdy tkwi w wielu osobach, niezaleĹźnie od wszelkich barier. JednÄ
z najpiÄkniejszych nowoĹci tego roku byĹo odkrycie, Ĺźe z kaĹźdym moĹźna zaczynaÄ od nowa, bÄdÄ
c wyposaĹźonym tylko we wĹasne czĹowieczeĹstwo, przemienione tym, co spotkaliĹmy. NaprawdÄ mobilizujÄ
ca jest obietnica opisywana przez ksiÄdza Giussaniego: âTa obecnoĹÄ pozwala ci ponownie odnaleĹşÄ oryginalnoĹÄ twojego Ĺźycia. I, paradoksalnie, odnajdujesz jÄ
, kiedy zauwaĹźasz, Ĺźe masz w sobie coĹ, co jest we wszystkich ludziach i co naprawdÄ pozwala ci rozmawiaÄ z kaĹźdym, co nie pozostawia ciÄ obcym nikomuâ (tamĹźe, s. 183).
Nie chodzi o to, Ĺźe mamy przestaÄ osÄ
dzaÄ ataki przypuszczane na czĹowieczeĹstwo, ktĂłre rodzÄ
siÄ ze wspĂłĹczesnej mentalnoĹci. Ale moĹźna to robiÄ w sposĂłb, ktĂłry â tak mi siÄ wydaje â jest zaprawiony tÄ
samÄ
logikÄ
âwĹadzyâ, ktĂłrej chce siÄ przeciwstawiÄ â wtedy stajemy siÄ tylko jednym z wielu stronnictw, przeciwstawiajÄ
cym siÄ wszystkim i w naszych czasach prawdopodobnie przegranym â ale jest teĹź inny sposĂłb: ten ukazany w liĹcie w sprawie pedofilii. Wobec potÄg ekonomicznych, politycznych i ĹrodkĂłw masowego przekazu przynaleĹźÄ
cych do dominujÄ
cej mentalnoĹci wydaje siÄ, Ĺźe to niewiele. ByÄ moĹźe nie jest to droga, ktĂłra pozwoli nam natychmiast zawĹadnÄ
Ä historiÄ
i politykÄ
, ale pozostawia cegĹy do wzniesienia nowej budowli i porusza osoby â zgodnie ze sformuĹowaniem ksiÄdza Giussaniego, przypomnianym nam jakiĹ czas temu przez ksiÄdza CarrĂłna: te same siĹy, ktĂłre poruszajÄ
historiÄ, poruszajÄ
teĹź serce czĹowieka.
Tego lata przeczytaĹam ponownie tekst, ktĂłry wielu z nas czytaĹo w czasach, z ktĂłrych pochodzi Lâio rinasce in un incontro: WĹadzÄ bez wĹadzy VĂĄclava Havla. ByÄ moĹźe ktoĹ z was pamiÄta ten przykĹad sprzedawcy z warzywniaka, ktĂłry pewnego ranka postanawia nie wystawiaÄ juĹź w witrynie plakatĂłw z hasĹami propagandowymi, narzucanymi przez reĹźim. Dlaczego â pyta Havel â wĹadza miaĹaby siÄ tak bardzo baÄ tak banalnego gestu? Gestu na pozĂłr bez znaczenia, nie majÄ
cego na nic wpĹywu. Gospodynie, ktĂłre idÄ
na zakupy â komentuje Havel â prÄdzej zorientujÄ
siÄ, Ĺźe brakuje pomidorĂłw albo ziemniakĂłw niĹź plakatĂłw z reĹźimowymi sloganami. A jednak ten sprzedawca i jego rodzina bÄdÄ
przeĹladowani przez system, poniewaĹź jego gest czyni rysÄ na tym Ĺwiecie pozorĂłw, z ktĂłrego zbudowana jest ideologia. Ten sprzedawca stanowi zagroĹźenie dla wĹadzy, poniewaĹź swoim gestem prawdy postanawia porzuciÄ pozory i kĹamstwo i w ten sposĂłb rzuca ĹwiatĹo na caĹÄ
otaczajÄ
cÄ
rzeczywistoĹÄ. To dlatego ten gest moĹźe mieÄ nieobliczalne konsekwencje, poniewaĹź ma nieskoĹczony potencjaĹ komunikowania o sobie i rozprzestrzeniania siÄ, moĹźe zaraziÄ nieprzewidywalnÄ
liczbÄ ludzi, poniewaĹź â powiedzielibyĹmy my â odpowiada sercu czĹowieka. Jak byĹo mĂłwione w tych dniach, ta gra toczy siÄ w sercu czĹowieka, posiada jednak zasiÄg kosmiczny.
Gdzie zatem moĹźemy dostrzec zwyciÄstwo wiary my, ktĂłrzy Ĺźyjemy w tym Ĺwiecie po Chrystusie bez Chrystusa?
SÄ
dzÄ, Ĺźe w nas wszystkich tkwi to pytanie i, jak to czÄsto bywa, kilku studentĂłw sformuĹowaĹo je w najbardziej klarowny sposĂłb. Po zakoĹczeniu rozmowy ktĂłryĹ z nich zapytaĹ mnie, co w tym kontekĹcie oznacza, Ĺźe âwiara ma jeszcze szanseâ, jaki sukces moĹźemy jeszcze w ogĂłle odnieĹÄ. A drugi dodaĹ: âCzy w takim razie, w tym klimacie kulturowym, mamy siÄ zadowoliÄ Ĺwiadectwem, czy teĹź moĹźemy jeszcze toczyÄ kulturowe i polityczne bitwy?â. Te pytania byĹy dla mnie niczym olĹnienie, pozwoliĹy mi zrozumieÄ, jakie mamy wyobraĹźenie o zwyciÄstwie wiary w Ĺwiecie, jak mĂłwiĹo siÄ na rekolekcjach kilka lat temu. W gruncie rzeczy mamy wizjÄ podobnÄ
do stwierdzenia padajÄ
cego w Monologu Judasza: âA jego krĂłlestwo nie przychodziĹoâ. I rĂłwnieĹź tutaj ksiÄ
dz Giussani proponuje odmienne odczytanie tej kwestii: âNikt nie powiedziaĹ, Ĺźe chrzeĹcijanie muszÄ
wygraÄ. O to wĹaĹnie chodzi: zwyciÄĹźamy zawsze, nawet jeĹli zawsze bylibyĹmy pokonywani, bo ÂŤzwyciÄstwemÂť jest posiadanie wiÄkszego czĹowieczeĹstwa, a ÂŤprzegranÄ
Âť â brak wĹadzy. Jak kiedyĹ powiedziaĹ w rozmowie ktoĹ z was: my dÄ
Ĺźymy do zwyciÄstwa bez wĹadzy! WĹaĹnie to chciaĹ powiedzieÄ. Chodzi o zwyciÄstwo czĹowieczeĹstwa. Kiedy podchodzi siÄ do Ĺźycia zgodnie z wiarÄ
, osiÄ
gamy zwyciÄstwo w czĹowieczeĹstwie, nasze dziaĹanie jest bardziej ludzkie. Nie oznacza to, Ĺźe nasze dziaĹania polityczne, gospodarcze itd. odniosÄ
sukces, Ĺźe dojdziemy do wĹadzyâ (tamĹźe, s. 402). Rezultat moĹźe nam daÄ BĂłg, ale nie jest powiedziane, Ĺźe chrzeĹcijanie muszÄ
zwyciÄĹźyÄ.
OsobiĹcie rozumiem, Ĺźe w moim Ĺźyciu stawia mnie to wobec koniecznoĹci ciÄ
gĹego, niekoĹczÄ
cego siÄ, wciÄ
Ĺź nowego rozstrzygania: czy stawaÄ wobec wszystkiego, wychodzÄ
c od logiki wĹadzy (moich planĂłw, strategii i sojuszy), czy teĹź od uznania, Ĺźe to KtoĹ Inny tak naprawdÄ dziaĹa w historii â tak samo w mojej osobistej, jak w historii Ĺwiata. |