i inne...
NIE JESTEM SAMA
Wcale nie wybieraĹam siÄ na tegorocznÄ
pielgrzymkÄ â wziÄĹam w niej udziaĹ, odpowiadajÄ
c na proĹbÄ przyjaciĂłĹ, bym pracowaĹa jako tĹumacz dla grupy wĹosko-polskiej. W ten sposĂłb po raz kolejny tego lata okazaĹo siÄ, Ĺźe pĂłjĹcie za propozycjÄ
prowadzÄ
cych Ruch, jest dla mnie bardzo owocne. Podczas tych kilku dni pielgrzymkowej wÄdrĂłwki otrzymaĹam waĹźnÄ
informacjÄ od Pana Boga, ktĂłrÄ
odkrywaĹam stopniowo, w rozmowach z przyjaciĂłĹmi oraz poprzez sĹuchanie Ĺwiadectw: âNie jestem samaâ. PotrzebowaĹam, by przez ten zupeĹnie wolny od codziennych zajÄÄ i obowiÄ
zkĂłw tydzieĹ ktoĹ ciÄ
gle powtarzaĹ mi wezwanie do nawrĂłcenia serca (intencja ksiÄdza Juliana CarrĂłna), bo jedynym, co moĹźe uczyniÄ moje Ĺźycie piÄknym, jest relacja z Panem Jezusem â nie organizowanie dobrych przedsiÄwziÄÄ czy szczeroĹÄ w relacjach z przyjaciĂłĹmi, ktĂłre sÄ
tylko konsekwencjÄ
. âDziĹ, gdy nie wytrzymujÄ
miÄĹnie, gdy jesteĹmy zmÄczeni i Ĺatwo popadamy w melancholiÄ (...), nie da siÄ wytrwaÄ w miĹoĹci do siebie, jeĹli Chrystus nie bÄdzie obecnoĹciÄ
, takÄ
jak obecnoĹÄ matki dla dzieckaâ â czytamy na zeszĹorocznym boĹźonarodzeniowym plakacie. MĂłwiono mi: âMusisz wracaÄ do miejsca, ktĂłre ciÄ rodzi, musisz mocno trzymaÄ siÄ ksiÄdza CarrĂłna, a tam, gdzie mieszkasz â tych, ktĂłrzy najbardziej sÄ
do niego podobni. Metoda jest drogÄ
, ktĂłrÄ
idziemy za tymi, ktĂłrzy sÄ
dalej niĹź myâ. To nie ja sama budujÄ dobry Ĺwiat.
Kim jest Ten, ktĂłry daje mi tydzieĹ zupeĹnie wolny od âzadaĹ do wykonaniaâ i wyprowadza na pustyniÄ, Ĺźebym mogĹa tam byÄ wyĹÄ
cznie z Nim? Kto tak bardzo lituje siÄ nad mojÄ
nicoĹciÄ
, Ĺźe dajÄ
c mi ten czas, pozwala jednoczeĹnie sĹuĹźyÄ umiejÄtnoĹciÄ
tĹumaczenia (to moja pasja!); pokazujÄ
c, Ĺźe w realny sposĂłb mogÄ przyczyniaÄ siÄ do dobra otaczajÄ
cych mnie ludzi
Na pielgrzymce zostaĹam objÄta caĹa, z najwiÄkszymi pragnieniami i tÄsknotami serca, ze zdolnoĹciami i temperamentem, ktĂłre mi dano. Po raz kolejny mam za co dziÄkowaÄ.
Zosia, Warszawa
Â
Â
CHRYSTUS WSZYSTKO CZYNI NOWYM
Drogi ksiÄĹźe JuliĂĄnie, mam na imiÄ Ania, pochodzÄ z Bytomia. Ruch poznaĹam dziesiÄÄ lat temu podczas Ĺwiatowych Dni MĹodzieĹźy w Rzymie. OdpowiedziaĹam wĂłwczas na zaproszenie i pojechaĹam na wakacje Ruchu. Od tamtego momentu utoĹźsamiam siÄ z Twoimi sĹowami, wypowiedzianymi podczas tegorocznych rekolekcji Bractwa CL: âPan okazaĹ nam miĹosierdzie, pozwalajÄ
c spotkaÄ nam charyzmat ksiÄdza Giussaniegoâ. Od szeĹciu lat jestem mÄĹźatkÄ
(razem z mÄĹźem naleĹźymy teĹź do Bractwa CL). Mamy dwuletniÄ
cĂłrkÄ KasiÄ.
W tym liĹcie chcÄ opisaÄ Ci jednak wydarzenia sprzed trzech miesiÄcy; jeden z takich momentĂłw, w ktĂłrym Ĺźycie skupia siÄ jak w soczewce. ChcÄ opisaÄ tÄ historiÄ ze szczegĂłĹami. SÄ
one w pewnym stopniu intymne, osobiste, ale decydujÄ siÄ o nich opowiedzieÄ, gdyĹź sÄ
w tym przypadku istotne, sÄ
okolicznoĹciami uczynionymi przez Boga, ktĂłre ukazaĹy Jego ogromnÄ
dobroÄ i ktĂłre sprawiajÄ
, Ĺźe wciÄ
Ĺź pozostajÄ zdumiona.
Na przeĹomie maja i czerwca pojechaliĹmy caĹÄ
rodzinÄ
do Mediolanu odwiedziÄ PrischÄ i Federico, naszych przyjacióŠz Ruchu z Concorezzo. CieszyliĹmy siÄ bardzo na ten wyjazd, gdyĹź nie widzieliĹmy siÄ od piÄciu lat. JechaliĹmy tam teĹź, aby podzieliÄ siÄ z nimi radosnÄ
wiadomoĹciÄ
, Ĺźe spodziewamy siÄ drugiego dziecka. Ta przyjaĹşĹ, choÄ tak rzadko siÄ spotykamy, wiele dla nas znaczy, poniewaĹź sÄ
oni dla nas prawdziwymi Ĺwiadkami Chrystusa. Po raz kolejny potwierdziĹo siÄ to w sposobie, w jaki przeĹźywajÄ
ostatnio doznane cierpienia: w zeszĹym roku zaginÄĹa w gĂłrach bez wieĹci mama Prischi. RozmawialiĹmy o tym wieczorem po naszym przyjeĹşdzie. Prisca opowiadaĹa o tym, jak na poczÄ
tku wydawaĹo jej siÄ, Ĺźe jest bliska utraty wiary, ale Ĺźe ostatecznie przez ten rok staje siÄ coraz bardziej pewna pozytywnoĹci Ĺźycia, ze wzglÄdu na jego ostatecznie pozytywne przeznaczenie. Pewna dziÄki obecnoĹci konkretnych osĂłb oraz ujawniania siÄ piÄknych owocĂłw Ĺźycia jej mamy. WspĂłlnie cieszyliĹmy siÄ teĹź, Ĺźe ja i mĂłj mÄ
Ĺź bÄdziemy mieli dziecko.
NastÄpnego dnia odwiedziliĹmy grĂłb ksiÄdza Giussaniego, pojechaliĹmy rĂłwnieĹź do ksiÄdza Fabio Baronciniego, ktĂłry przez lata bardzo pomagaĹ podÄ
ĹźaÄ nam, Polakom, za charyzmatem ksiÄdza Giussaniego.Tego dnia, gdy wieczorem wrĂłciliĹmy do Concorezzo, pojawiĹy siÄ u mnie objawy sygnalizujÄ
ce, Ĺźe coĹ zĹego dzieje siÄ z ciÄ
ĹźÄ
. WywoĹaĹy one u mnie wielki strach. Jednak w tych chwilach niepewnoĹci, dziÄki Ĺwiadectwu, jakie daĹa nam dzieĹ wczeĹniej nasza przyjaciĂłĹka, byĹo mi Ĺatwiej modliÄ siÄ: âBÄ
dĹş wola Twojaâ. Nazajutrz pojechaliĹmy do lekarza. OkazaĹo siÄ, Ĺźe moĹźe mnie zbadaÄ siostra Federico, a zarazem nasza przyjaciĂłĹka z Ruchu, ktĂłrÄ
znaĹam jeszcze z czasĂłw studiĂłw i wspĂłlnych wakacji CLU; osoba, ktĂłra rĂłwnieĹź byĹa dla mnie zawsze znakiem obecnoĹci Chrystusa. To ona powiedziaĹa mi, Ĺźe serce dziecka nie bije. WiadomoĹÄ ta byĹa niezwykle bolesna, gdyĹź dla mnie to maleĹstwo byĹo juĹź w peĹni osobÄ
, z wielkÄ
radoĹciÄ
oczekiwanÄ
i kochanÄ
. W tym momencie jednak niepewnoĹÄ przerodziĹa siÄ w ufnoĹÄ Bogu, Ĺźe Jego plan jest dla mnie dobry, bo On sam jest dobry i obecny przy mnie w osobach mÄĹźa i przyjaciĂłĹ.
NastÄpnego dnia mieliĹmy wracaÄ do domu. Wiadomo byĹo, Ĺźe porĂłd dziecka dopiero ma siÄ odbyÄ. BaĹam siÄ powrotnego lotu, gdyĹź od dwĂłch miesiÄcy nie przystÄpowaĹam do spowiedzi, a ewentualny krwotok mĂłgĹ byÄ niebezpieczny. OkazaĹo siÄ jednak, Ĺźe w samolocie leci z nami franciszkanin, ktĂłry usiadĹ tuĹź obok nas. Gdy zaraz po przylocie do Polski udaliĹmy siÄ do szpitala, spotkaliĹmy tam niespodziewanie naszego przyjaciela z Bractwa, ktĂłry akurat przyjechaĹ tam w sprawach zawodowych. Jak widzisz, drogi ksiÄĹźe JuliĂĄnie, te szczegĂłĹy, ktĂłrych nie chciaĹam pominÄ
Ä, to nieustajÄ
ca i czuĹa, wrÄcz zaskakujÄ
ca obfitoĹÄ obecnoĹci Chrystusa przy nas w konkretnych osobach, w trudnych i bolesnych chwilach. MĂłj plan na Ĺźycie, moje oczekiwania nie speĹniĹy siÄ. StraciliĹmy pokochane juĹź przez nas maleĹstwo. Jednak fakt, Ĺźe byĹy z nami osoby, ktĂłre swoim Ĺźyciem zawsze prowokowaĹy nas do patrzenia na Ĺźycie w perspektywie wiecznoĹci, nie pozwalaĹ nam zwÄ
tpiÄ w ostatecznÄ
pozytywnoĹÄ Ĺźycia naszego i utraconego dziecka. DziÄki temu przez te kilka trudnych dni w moim sercu rodziĹa siÄ coraz wiÄksza ufnoĹÄ, pozwalajÄ
ca później zawierzyÄ ostatecznie Chrystusowi â juĹź z rozmysĹem i bez tak wielkich emocji â caĹe swoje Ĺźycie. Skoro On czyni nowym nawet takie doĹwiadczenie, moĹźe uczyniÄ nowym wszystko, dlatego nie obawiam siÄ juĹź trudnych okolicznoĹci, ktĂłre moĹźe dla mnie wybraÄ, gdyĹź wiem, Ĺźe nigdy mnie nie opuĹci.
To jednak nie koniec tej historii.
Gdy po przylocie poszĹam do szpitala w Polsce, podano mi lekarstwa majÄ
ce przyspieszyÄ poronienie. Umieszczono mnie w sali z dwiema dziewczynami w dziewiÄ
tym miesiÄ
cu ciÄ
Ĺźy, oczekujÄ
cymi szybkiego rozwiÄ
zania. ByĹy przy nich rodziny. Rozmawiali o imionach dla dzieci, kolorach Ĺóşeczek, wĂłzkach â co za kontrast. WydawaÄ by siÄ mogĹo, Ĺźe taka sytuacja moĹźe tylko spotÄgowaÄ cierpienia matki tracÄ
cej dziecko. Mnie jednak poruszyĹo ich wielkie pragnienie dobra dla tych majÄ
cych siÄ narodziÄ dzieci. Tak wielkie, Ĺźe mĹody, biedny, sĹabo wyksztaĹcony chĹopak mĂłwiĹ do swojej dziewczyny z bĹyszczÄ
cymi oczami, Ĺźe ich maĹa cĂłreczka bÄdzie âksiÄĹźniczkÄ
â! To jego serce wypeĹnione pragnieniem wszystkiego byĹo takĹźe wielkim znakiem Boga. Wtedy zrozumiaĹam, Ĺźe to nie jest juĹź moje spojrzenie na rzeczywistoĹÄ (ja sama, bez spotkania ksiÄdza Giussaniego, patrzyĹabym na nich jak na przeszkodÄ w godnym przeĹźywaniu swojego bĂłlu, takĹźe fizycznego). ZrozumiaĹam, Ĺźe trwajÄ
c w miejscu Ĺaski, jakim jest Ruch, otrzymaĹam spojrzenie na rzeczywistoĹÄ ksiÄdza Giussaniego â spojrzenie chrzeĹcijanina.
Szpital wydaĹ nam ciaĹo dziecka. PochowaliĹmy je na cmentarzu poĹoĹźonym bardzo blisko parku, w ktĂłrym codziennie bawi siÄ nasza starsza cĂłrka. GrĂłb naszego nienarodzonego dziecka i piaskownicÄ dwuletniej Kasi dzieli zaledwie mur i kilka metrĂłw. ZrozumiaĹam wyraĹşnie, Ĺźe nasza cĂłrka teĹź moĹźe umrzeÄ. Nie przeraziĹo mnie to jednak. Podczas pogrzebu ĹpiewaliĹmy pieĹĹ, ktĂłrej sĹowa mĂłwiĹy: âDziĹ mojÄ
duszÄ w rÄce Twe powierzam, mĂłj Stworzycielu i najlepszy Ojczeâ. Ja, jako mama, nie mogĹam tego dziecka nawet przytuliÄ, On jednak daje mu wszystko. I tak samo wszystko ma przygotowane dla naszej Kasi. My moĹźemy jej tylko pomagaÄ podÄ
ĹźaÄ drogÄ
do dobrego przeznaczenia, na ktĂłrej my teĹź jesteĹmy dzieÄmi. Od tego momentu moje spojrzenie na naszÄ
cĂłrkÄ bardzo siÄ zmieniĹo. Kiedy jÄ
przytulam, karmiÄ, bawiÄ siÄ z niÄ
, nie chcÄ juĹź przede wszystkim, aby rosĹa miĹoĹÄ miÄdzy nami, ale by dojrzewaĹa ona do rozpoznania takĹźe w tych chwilach tej wielkiej, jedynej miĹoĹci Boga, ktĂłra jÄ
zrodziĹa.
Historia ta ma jeszcze jeden niezwykĹy wÄ
tek. DzieĹ przed pogrzebem zadzwoniĹa do mnie przyjaciĂłĹka z pracy z wiadomoĹciÄ
, Ĺźe i ona poroniĹa dziecko (miaĹa rodziÄ tydzieĹ przede mnÄ
). ByĹa zdruzgotana i zrezygnowana. Za radÄ
lekarza prĂłbowaĹa siÄ znieczulaÄ, powtarzajÄ
c, Ĺźe to nie byĹo dziecko, ale tkanki. Tylko dziÄki temu, Ĺźe sama straciĹam dziecko, mogĹam zrozumieÄ jej bĂłl (dopiero teraz zrozumiaĹam teĹź inne moje przyjaciĂłĹki, ktĂłre go doĹwiadczyĹy, wczeĹniej traktowaĹam rzecz znacznie bardziej powierzchownie). WiedzÄ
c, co czuje, mogĹam z pewnoĹciÄ
ĹwiadczyÄ wobec niej o pozytywnoĹci Ĺźycia jej samej oraz jej dziecka, ktĂłre nie jest zlepkiem komĂłrek, ale jest w peĹni osobÄ
, ktĂłra juĹź osiÄ
gnÄĹa swoje dobre przeznaczenie i z pewnoĹciÄ
modli siÄ za niÄ
.
Na zakoĹczenie chciaĹam jeszcze raz podkreĹliÄ, Ĺźe osÄ
d tego wszystkiego, co mnie spotkaĹo, nie rodzi siÄ tylko z ekscytacji wyjÄ
tkowÄ
formÄ
obecnoĹci Chrystusa przy nas w tych dniach â pielgrzymka do grobu ksiÄdza Giussaniego, przyjaciele, franciszkanin, przypadkowe spotkania starych przyjaciĂłĹ. Przez kilka ostatnich lat, gdy podÄ
ĹźaĹam za osobami w Ruchu, gdy pracowaĹam nad SzkoĹÄ
WspĂłlnoty, wydawaĹo mi siÄ, Ĺźe maĹo siÄ zmieniam. W obliczu utraty dziecka okazaĹo siÄ jednak, Ĺźe zostaĹo mi dane wszystko, aby stawiÄ czoĹa temu trudnemu doĹwiadczeniu. To byĹ moment weryfikacji, ktĂłry pokazaĹ, Ĺźe to, co spotykamy w Ruchu, jest prawdziwe w kaĹźdych okolicznoĹciach. To miejsce daje nam skarb pozwalajÄ
cy poznawaÄ prawdÄ o rzeczach dobrych i zĹych, ktĂłre nam siÄ przydarzajÄ
, a zwĹaszcza o caĹym naszym Ĺźyciu.
Dlatego teĹź bardzo chcÄ Ci podziÄkowaÄ, drogi ksiÄĹźe JuliĂĄnie, za TwĂłj wysiĹek, ktĂłry sĹuĹźy takĹźe mojej przemianie i mojemu zbawieniu. Codziennie modlÄ siÄ za Ciebie.
Ania, Bytom
Â
Â
URODZINY RIKIEGO: PIÄÄ PRZEPIÄKNYCH LAT
Drogi ksiÄĹźe CarrĂłnie, przedwczoraj mĂłj syn Riccardo skoĹczyĹ piÄÄ lat. Gdy tylko siÄ obudziĹ, zaĹpiewaliĹmy mu Sto lat, po czym powiedziaĹam: âRiki, ale urosĹeĹ!â. Zaraz potem teĹź dodaĹam: âJakĹźe piÄkne byĹy te lataâ. Wtedy on, z cudownym uĹmiechem na twarzy, przytuliĹ siÄ do mnie. Riki ma zespóŠDowna. WrĂłciĹam potem do kuchni,Ĺźeby przygotowaÄ Ĺniadanie, i przypomniaĹam sobie to, co powiedziaĹeĹ podczas rekolekcji: âBez podjÄcia tego rodzaju drogi nie zdoĹamy osiÄ
gnÄ
Ä innego i oryginalnego oblicza w spoĹeczeĹstwie, ale bÄdziemy tacy, jak wszyscy, z takimi jak wszyscy kryteriamiâ. WzruszyĹam siÄ wtedy z wdziÄcznoĹci. ByĹam wdziÄczna, poniewaĹź tylko w historii takiej jak moja, nasza, nigdy nawet przez myĹl mi nie przeszĹo, by âusunÄ
Äâ Riccardo, pomimo tego, Ĺźe juĹź w czasie ciÄ
Ĺźy wiedziaĹam o powaĹźnych komplikacjach. I to mnie zawsze wzruszaĹo, poniewaĹź to jest poza mnÄ
, osobÄ
, ktĂłra wszystko wczeĹniej planuje i kocha to, co piÄkne i doskonaĹe... Ĺatwo wiÄc sobie wyobraziÄ, w jaki sposĂłb mogĹam pragnÄ
Ä narodzin dziecka, o ktĂłrym daĹo siÄ powiedzieÄ wszystko, z wyjÄ
tkiem tego, Ĺźe byĹo âdoskonaĹeâ. A jednak tak siÄ staĹo. Nie chodziĹo tu jednak o mnie, ale o historiÄ i drogÄ, do ktĂłrych przynaleĹźÄ, ktĂłre pozwalajÄ
mi wyjĹÄ âponadâ to, czym instynktownie bym byĹa. Z Rikim nie jest Ĺatwo, jest bardzo uparty i opieka nad nim wymaga nie lada wysiĹku oraz niewyobraĹźalnej cierpliwoĹci â nigdy nie sÄ
dziĹam, Ĺźe jÄ
posiadam. Dla niego kaĹźdy, nawet najmniejszy postÄp, nie jest niczym oczywistym, dlatego wszystko, czego siÄ nauczy, jest powodem do radoĹci dla wszystkich. DoĹwiadczam tego, jak bardzo moĹźna byÄ radosnym, ĹźyjÄ
c w rzeczywistoĹci; nie mogÄ powiedzieÄ, Ĺźe dzieje siÄ to pomimo trudu i cierpienia, ale rĂłwnieĹź w trudzie i w cierpieniu, bo one sÄ
jej czÄĹciÄ
. PrzykroĹÄ z powodu tego, Ĺźe Riki nie potrafi czegoĹ zrobiÄ tak jak inne dzieci, albo zatroskanie, bo za parÄ lat znĂłw bÄdzie musiaĹ przejĹÄ kolejnÄ
operacjÄ serca, towarzyszÄ
mi kaĹźdego dnia, nie odejmujÄ
jednak niczego â naprawdÄ niczego â piÄknu oraz peĹni mojego i jego Ĺźycia!
Elisa, San Donato Milanese (Mediolan)
Â
Â
OKNO WIÄZIENIA STASI
W ubiegĹym roku, podczas wyjazdu szkoleniowego do Lipska i Berlina, mieliĹmy okazjÄ poznaÄ Petera Drauschke, ktĂłry najpierw byĹ przywĂłdcÄ
mĹodych komunistĂłw w Niemczech Wschodnich, a nastÄpnie wiÄĹşniem Stasi. ZaprosiliĹmy go do WĹoch na cykl zorganizowanych przez nas spotkaĹ. Jego historia jest historiÄ
czĹowieka, ktĂłry poszukiwaĹ wolnoĹci, pozwalajÄ
c siÄ poczÄ
tkowo zwieĹÄ faĹszywym obietnicom ideologii. PorĂłwnanie swojego pragnienia z kĹamstwem ideologii postawiĹo go jednak w pewnym momencie na rozdroĹźu: zastanawiaĹ siÄ, czy podÄ
ĹźaÄ za prawdÄ
, czy teĹź zgodziÄ siÄ na przeĹźywanie wĹasnego Ĺźycia w kĹamstwie. PostanowiĹ zaspokoiÄ swoje pragnienie prawdy, usiĹujÄ
c uciec na ZachĂłd, co przypĹaciĹ ciÄĹźkim wiÄzieniem. W swoim dramatycznym doĹwiadczeniu wiÄĹşnia Stasi, w obliczu wĹasnej niemocy, w czasie dĹugich okresĂłw odosobnienia, poddawany torturom fizycznym i psychicznym, on, ktĂłry zostaĹ wychowany w duchu najsurowszego ateizmu marksistowskiego, odkryĹ pytanie dotyczÄ
ce Boga: âPewnego dnia znalazĹem siÄ na dnie rozpaczy: leĹźaĹem na ziemi i pĹakaĹem; w pewnym momencie jednak podniosĹem siÄ i patrzÄ
c w okno celi oraz przywoĹujÄ
c imienia mojej matki, pomyĹlaĹem o Bogu. Wtedy wrĂłciĹem do Ĺźycia. Komunizm jest systemem, ktĂłry zamiast obiecanego raju na ziemi stworzyĹ piekĹo. Tak dzieje siÄ za kaĹźdym razem, gdy ludzie stawiajÄ
siebie na miejscu Bogaâ. W obliczu czĹowieczeĹstwa Petera, my, nauczyciele, wraz z grupÄ
uczniĂłw, zapragnÄliĹmy powiedzieÄ mu, Ĺźe poszukiwany i przyzywany przez niego BĂłg, staĹ siÄ ciaĹem i dotarĹ do nas w towarzystwie, w historii Ruchu. ZorganizowaliĹmy wieczĂłr, na ktĂłrym ĹpiewaliĹmy piosenki o wolnoĹci oraz spotkaniu z Chrystusem. Relacje miÄdzy nami wciÄ
Ĺź pozostajÄ
Ĺźywe dziÄki korespondencji, z ktĂłrej widaÄ coraz jaĹniej, Ĺźe w spotkaniu z nami Petera najbardziej uderza odkrywanie czegoĹ wiÄkszego dla siebie: âPrzyjechaĹem z zamysĹem, by o czymĹ opowiedzieÄ, by coĹ daÄ, tymczasem po powrocie do domu przekonaĹem siÄ, Ĺźe ja sam coĹ otrzymaĹemâ.
Patrizia, Anna i Giulio, Mediolan
Â
Â
Pielgrzymka krakowska na JasnÄ
GĂłrÄ, 5â13 sierpnia 2010 r.
PROSTOTA, KTĂRA UDERZA
Karolina WaligĂłra
Pobudka o 5.00... CiemnoĹci... WokóŠsĹychaÄ szamotaninÄ i pomruki wyrwanych wczeĹniej niĹź zwykle ze snu pielgrzymĂłw. Czas rozpoczÄ
Ä kolejny, ostatni juĹź, dzieĹ wÄdrĂłwki! Naszym celem jest strzelista wieĹźa na Jasnej GĂłrze i znany na caĹym Ĺwiecie wizerunek Czarnej Madonny.
KrakĂłw widziany z perspektywy pielgrzyma wyruszajÄ
cego w drogÄ mieni siÄ róşnymi kolorami niczym w kalejdoskopie. ĹťegnajÄ
cy pielgrzymĂłw krakowianie â mĹodzi, patrzÄ
cy z nieco skrywanÄ
ciekawoĹciÄ
z okien lub przystankĂłw autobusowych, i ci starsi, uĹmiechajÄ
cy siÄ i pozdrawiajÄ
cy wszystkich z wielkÄ
radoĹciÄ
. Kwiaty, bezchmurne bĹÄkitne niebo, bruk jakby sam niosÄ
cy stopy. Wszechobecne podekscytowanie. SzczÄĹcie, Ĺźe jestem dokĹadnie tu, gdzie chcÄ byÄ. PewnoĹÄ, Ĺźe jest to miejsce, w ktĂłrym wzrastam. OczywiĹcie, trzeba wiele siĹy i nadziei, aby taki entuzjazm mieÄ w sobie podczas wszystkich niespodziewanych i nieplanowanych wydarzeĹ, na brak ktĂłrych na pielgrzymce nie moĹźna narzekaÄ...
âIDZIE DYSC, IDZIE DYSC...â Nie kaĹźdy dzieĹ byĹ tak sĹoneczny, jak ten, w ktĂłrym rozpoczynaliĹmy wÄdrĂłwkÄ. PrzeĹźyliĹmy chyba kaĹźdy typ pogody â byĹa ona jak duchowy kierunkowskaz na trasie KrakĂłw-CzÄstochowa. Nie zabrakĹo osĹabiajÄ
cego upaĹu, podczas ktĂłrego plecaki nagle robiĹy siÄ ciÄĹźsze, a lina niesiona przez porzÄ
dkowych trudniejsza do utrzymania. Innym razem przypominaliĹmy rzekÄ ĹźĂłĹtych peleryn, gdy wĹrĂłd gĹuchego dĹşwiÄku rozbijajÄ
cych siÄ o kaptury kropel deszczu odmawialiĹmy modlitwÄ róşaĹcowÄ
.
Czy nie byĹoby proĹciej przez piÄÄ dni mieÄ ĹadnÄ
, sĹonecznÄ
pogodÄ? â pytaĹam siebie i Pana Boga, wycierajÄ
c krople deszczu z kartek zamokniÄtego Ĺpiewnika. Pewnie, Ĺźe byĹoby proĹciej! Czy jednak to âproĹciejâ jest na pielgrzymce najwaĹźniejsze? Pielgrzymka to przecieĹź takie âmodelowe wydarzenieâ, w ktĂłrym zdajemy sobie sprawÄ, jak niewiele zaleĹźy od nas samych. Nasze Ĺźycie jest w rÄkach KogoĹ Innego i planujÄ
c wszystko, wprawiamy tylko w ruch bĹÄdne koĹo naszych frustracji. DoszĹam do tego prostego wniosku, gdy skryta w namiocie i otulona we wszystkie odnalezione w plecaku swetry, ujrzaĹam pewnego WĹocha, ktĂłry po caĹodziennym trudzie wÄdrowania wybieraĹ siÄ pod prysznic. Nie byĹoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, Ĺźe laĹo wtedy jak z cebra. Jemu jednak ta okolicznoĹÄ bynajmniej nie przeszkadzaĹa â ze stoickim spokojem szedĹ dopeĹniÄ wieczornej toalety pod â wcale nie przysĹowiowÄ
â chmurkÄ
. O tej naszej zaleĹźnoĹci przypominaĹy nam rĂłwnieĹź prozaiczne i zwyczajne dla pielgrzymkowej rzeczywistoĹci momenty â piÄkne wĹaĹnie ze wzglÄdu na swojÄ
prostotÄ â gdy na przykĹad doĹwiadczaliĹmy goĹcinnoĹci ludzi z wiosek, gdzie nocowaliĹmy. Zawsze zaczynaĹo siÄ tak samo: âJesteĹmy z pielgrzymki, ktĂłra rozbiĹa namioty za szkoĹÄ
, czy moglibyĹmy skorzystaÄ z paĹskiej Ĺazienki...?â. Odpowiedzi byĹy róşne, zazwyczaj jednak sĹyszeliĹmy: âWejdĹşcie, wejdĹşcie... Tylko poczekajcie, piec wĹÄ
czÄ, przecieĹź nie bÄdziecie siÄ kÄ
paÄ w zimnej wodzieâ. W takich sytuacjach ogarniaĹa mnie gĹÄboka wdziÄcznoĹÄ za to âtu i terazâ; za to, Ĺźe dane mi byĹo doĹwiadczaÄ takich chwil.
Pielgrzymka uczy pokory i dyspozycyjnoĹci. Na nic praktycznie nie mam wpĹywu: czy zmoknÄ do suchej nitki, czy spalÄ siÄ na sĹoĹcu. MoĹźna tylko z ufnoĹciÄ
przyjmowaÄ to, co siÄ wydarza, wierzyÄ, Ĺźe tak jest dla mnie najlepiej i cieszyÄ siÄ, Ĺźe mogÄ w tym wszystkim uczestniczyÄ â takĹźe poprzez wspĂłlny Ĺpiew âhymnuâ tegorocznej pielgrzymki, ktĂłrego fragment brzmiaĹ: âNadciÄ
ga nawaĹnica â chodĹşcie wszyscy, tu jest festa!â.
ORA ET LABORA. Wielki podziw budzili we mnie wszyscy porzÄ
dkowi, ich poczucie odpowiedzialnoĹci i zorganizowanie. Z drugiej zaĹ strony bardzo wspĂłĹczuĹam im, Ĺźe zamiast skupiÄ siÄ na modlitwie, musieli uwaĹźaÄ na nadjeĹźdĹźajÄ
ce pojazdy. Pomocne w zrozumieniu tych okolicznoĹci byĹy sĹowa ksiÄdza Luisa Miguela, przewodnika tegorocznej pielgrzymki,ktĂłre usĹyszeliĹmy, gdy pewnego razu przyszedĹ do naszej polskiej grupy, by spÄdziÄ z nami wspĂłlnie wieczĂłr: âWĹosi nie rozumiejÄ
tego, Ĺźe moĹźna modliÄ siÄ i byÄ cordistÄ
[linowym] jednoczeĹnie. Wielu porzÄ
dkowych przychodzi do mnie nieco zdenerwowanych i smutnych, ĹźalÄ
c siÄ, Ĺźe nie mogÄ
odmawiaÄ róşaĹca, bo muszÄ
wypakowywaÄ bagaĹźe. Inni pytajÄ
z wyrzutem: ÂŤJak mam ĹpiewaÄ razem ze wszystkimi, jeĹli caĹy czas muszÄ ciÄ
gle porozumiewaÄ siÄ z pozostaĹymi przez radio?Âť. Odpowiadam im wtedy, Ĺźe ich praca jest modlitwÄ
; Ĺźe nie trzeba oddzielaÄ tych dwĂłch czynnoĹci. KaĹźdy wypakowywany przez ciebie bagaĹź jest kolejnym odmawianym przez ciebie paciorkiem róşaĹca â powtarzamâ. Te sĹowa bardzo pomogĹy mi zrozumieÄ sytuacjÄ, w ktĂłrej sama siÄ znalazĹam, gdy musiaĹam na dwa dni opuĹciÄ pielgrzymkowy szlak i pojechaÄ na pogrzeb mojej babci. Nie mogĹam wtedy fizycznie uczestniczyÄ w wÄdrĂłwce, ale przecieĹź nic nie staĹo na przeszkodzie, bym przeĹźywaĹa jÄ
duchowo, z pokorÄ
i ufnoĹciÄ
przyjmujÄ
c wszystko, co siÄ wydarza. To byĹa pewnoĹÄ, Ĺźe prawdziwÄ
pielgrzymkÄ odbywam tak naprawdÄ we wĹasnym sercu.
SPIRITO ITALIANO. WyobraĹşcie sobie, Ĺźe jesteĹcie w zupeĹnie obcym wam kraju. Nie znacie panujÄ
cych w nim zwyczajĂłw. WokóŠrozlega siÄ dziwnie âszeleszczÄ
cyâ jÄzyk, a na dodatek okazuje siÄ, Ĺźe w japonkach nie da siÄ przejĹÄ 130 kilometrĂłw bez odciskĂłw na stopach. ByĹo dla mnie czymĹ naprawdÄ fascynujÄ
cym obserwowanie WĹochĂłw odnajdujÄ
cych siÄ w polskiej, pielgrzymkowej rzeczywistoĹci. WiÄkszoĹÄ z nich dopiero co skoĹczyĹa szkoĹÄ ĹredniÄ
lub studia, a wiÄc znajdowaĹa siÄ w bardzo waĹźnym momencie swojego Ĺźycia, czasie podejmowania istotnych decyzji. Czy 130-kilometrowa piesza wÄdrĂłwka z Wawelu na JasnÄ
GĂłrÄ pomaga w rozpoznaniu, kim chce siÄ byÄ i co robiÄ w przyszĹoĹci?
Marta z Mediolanu: âZdaĹam sobie sprawÄ, Ĺźe nie potrzeba wielkich czynĂłw oraz sĹĂłw, by wielbiÄ Boga i robiÄ coĹ na Jego chwaĹÄ. My tu przecieĹź tylko idziemy; modlimy siÄ, Ĺpiewamy... Poza tym Ĺpimy w namiotach, mokniemy w deszczu, kÄ
piemy siÄ w zimnej wodzie â owszem, jest to trud, ale w tym trudzie odnajdujesz swojÄ
maĹoĹÄ. Jestem tu z przyjaciĂłĹmi i bardzo siÄ cieszÄ, Ĺźe moĹźemy te wszystkie piÄkne chwile przeĹźywaÄ razem, dzielÄ
c zarĂłwno wzruszenia, jak i zmÄczenie. WĹaĹnie skoĹczyĹam liceum. Co teraz? Nie wiem. Najbardziej fascynujÄ
mnie jÄzyki obce i poznawanie nowych kultur, dlatego wybieram siÄ na lingwistykÄ. Kiedy jednak wÄdrujÄ tymi wiejskimi drogami i widzÄ wasze cudowne pola i lasy, to budzi siÄ we mnie uĹpione pragnienie, by w przyszĹoĹci pracowaÄ na wsi i uczyÄ wĹoskiego albo innego jÄzyka. PiÄkna jest ta droga...â. Marta bardzo przeĹźywaĹa pielgrzymkÄ, angaĹźowaĹa siÄ w Ĺpiew i modlitwÄ, poznawaĹa nowych ludzi. Tak bardzo pochĹaniaĹo jÄ
pragnienie, by nie zmarnowaÄ tych szeĹciu dni wÄdrĂłwki, Ĺźe caĹkowicie zapominaĹa o zmÄczeniu. Na twarzy miaĹa wymalowane skupienie i radoĹÄ z przeĹźywanych chwil. Nie miaĹam okazji porozmawiaÄ z niÄ
dĹuĹźej, bo po kilku minutach juĹź biegĹa do kogoĹ innego. ZdÄ
ĹźyĹa tylko siÄ poĹźegnaÄ â Buon cammino! â i juĹź jej nie byĹo. Mauro z kolei nigdy nigdzie siÄ nie spieszyĹ. MĂłgĹ porozmawiaÄ z kaĹźdym zawsze i wszÄdzie. ZaroĹniÄta twarz i zniszczone sandaĹy idealnie pasowaĹy do wizerunku pielgrzyma: âZaproszenie na pielgrzymkÄ, ktĂłre otrzymaĹem od znajomego ksiÄdza, przyjÄ
Ĺem od razu. PiÄkno pielgrzymki polega na jej prostocie. Idziesz, modlisz siÄ, Ĺpiewasz, rozkĹadasz namiot, mokniesz na deszczu... Wszystko po to, by spotkaÄ siÄ z MaryjÄ
na Jasnej GĂłrze. Ten trud to ofiaraâ.
Niemal kaĹźdy WĹoch, z ktĂłrym rozmawiaĹam, mĂłwiĹ dokĹadnie to samo: w pielgrzymce najbardziej uderzaĹa go jej prostota. To jest fenomen tego wydarzenia, odkrywany przez wszystkich kaĹźdego dnia wÄdrĂłwki.
Podczas caĹej pielgrzymki chyba wszystkim Polakom udzieliĹ siÄ ten specyficzny âwĹoski duchâ â radoĹÄ pĹynÄ
ca ze Ĺpiewu; entuzjazm, ktĂłry towarzyszyĹ niemal kaĹźdemu momentowi dnia: czy to spotkaniu z kardynaĹem StanisĹawem Dziwiszem, ktĂłry przyjechaĹ do nas w odwiedziny, czy uczestnictwu we Mszy Ĺw., czy teĹź po prostu uczeniu siÄ polskich piosenek. Dla mnie ta wÄdrĂłwka byĹa teĹź szczegĂłlnie waĹźnÄ
lekcjÄ
wĹoskiej otwartoĹci. OtwartoĹci, ktĂłra jeĹźeli przeĹźywam coĹ piÄknego, kaĹźe od razu o tym mĂłwiÄ, nie trzymaÄ tego w sobie, ale dzieliÄ siÄ tym piÄknem z innymi.
CzÄstochowa, widziana z perspektywy pielgrzyma, koĹczÄ
cego swojÄ
wÄdrĂłwkÄ, jest najwspanialszym miejscem na Ĺwiecie. KaĹźda ulica mĂłwi, Ĺźe jesteĹmy coraz bliĹźej celu. U wrĂłt Jasnej GĂłry wita nas kardynaĹ Dziwisz, zwracajÄ
c siÄ do WĹochĂłw w ich ojczystym jÄzyku: âDotarliĹcie! CzÄstochowa czeka na was od szeĹciu dni!â. Wchodzimy do kaplicy i nagle caĹy pielgrzymi trud wydaje siÄ niczym. To, co daĹam z siebie, jest nieporĂłwnywalnie mniejsze od tego, co dostaĹam. Niesamowite, Ĺźe tak wielu ludzi róşnych narodowoĹci w tym samym momencie zapewne czuje i myĹli to samo: âMadonno, Czarna Madonno, jak dobrze Twym dzieckiem byÄ...â.