Ślady, numer 4 / 2010 (lipiec / sierpieĹ) Kultura. Santiago de Compostela
Tutaj zaczyna siÄ moja wÄdrĂłwka Prawie 800 kilometrĂłw dzieli Pireneje od Atlantyku, gdzie dotarĹ ĹwiÄty Jakub, aby dawaÄ Ĺwiadectwo o Chrystusie. Szacuje siÄ, Ĺźe w tym roku, ktĂłry jest Rokiem Jubileuszowym, na pielgrzymkÄ do jego grobu uda siÄ siedem milionĂłw pÄ
tnikĂłw. My rĂłwnieĹź poszliĹmy, odkrywajÄ
c, Ĺźe kaĹźdy krok jest darem oraz Ĺźe âjeĹli BĂłg pragnie dotknÄ
Ä twego serca, moĹźe posĹuĹźyÄ siÄ wszystkimâ. Fabrizio Rossi
âPodÄ
Ĺźaj za swoim cieniemâ. ZnĂłw na ramiona zarzucasz plecak, czas wyruszaÄ w drogÄ. Tej nocy w schronisku dla pÄ
tnikĂłw w Puente Fiero, w starej, poĹoĹźonej poĹrĂłd poroĹniÄtych zboĹźem pĂłl hiszpaĹskiego pĹaskowyĹźu romaĹskiej pustelni, 50 kilometrĂłw na wschĂłd od Burgos, spaliĹmy w ĂłsemkÄ. DwĂłch gospodarzy, hospitaleros, Ĺźegna pielgrzymĂłw sĹowami bĹogosĹawieĹstwa: âNiech sĹoĹce oĹwieca drogÄâ. Gdy tylko wychodzi zza horyzontu, przekonujesz siÄ, Ĺźe sztuczka dziaĹa: cieĹ wskazuje ci zachĂłd â wszyscy zmierzajÄ
w tym kierunku: do Santiago de Compostela, do grobu ApostoĹa Jakuba.
JesteĹmy na Camino FrancĂŠs [Drodze Francuskiej], na szlaku, ktĂłrym pielgrzymi zmierzajÄ
od ponad tysiÄ
ca lat. Krok za krokiem, po 20â30 kilometrĂłw dziennie (Ĺźeby otrzymaÄ odpust, trzeba pokonaÄ przynajmniej 100 kilometrĂłw; na rowerze â dwa razy tyle), od jednego kraĹca Hiszpanii do drugiego. Prawie 800 kilometrĂłw od leĹźÄ
cego u podnóşa francuskich PirenejĂłw Saint-Jean-Pied-de-Port; 700 kilometrĂłw jeĹli wyrusza siÄ z Puente la Reina, znajdujÄ
cego siÄ juĹź za przeĹÄczÄ
Roncisvalle. Tutaj spotykajÄ
siÄ cztery drogi, ktĂłre biegnÄ
przez terytorium Francji â z ParyĹźa, VĂŠzelay, Le Puy i Arles â stÄ
d nazwa Camino FrancĂŠs. NiektĂłrzy przybywajÄ
jednak z jeszcze odleglejszych stron, na przykĹad z Rzymu, przemierzajÄ
c najpierw PĂłĹwysep ApeniĹski wzdĹuĹź Drogi Francigena [FrankĂłw]. Nieustanny strumieĹ: kaĹźdego roku z najróşniejszych powodĂłw w drogÄ wyrusza 2 miliony pielgrzymĂłw; w latach jubileuszowych (kiedy wspomnienie Ĺw. Jakuba ApostoĹa â 25 lipca â przypada w niedzielÄ) ich liczba wzrasta do 6â7 milionĂłw, tak jak w tym, 2010 roku. Tego roku my takĹźe wyruszyliĹmy w drogÄ po to, by zobaczyÄ, co kryje siÄ za liczbami, oraz co przyciÄ
ga tu tych ludzi, ktĂłrzy pozostawiajÄ
swoje domy, by co noc spaÄ w innym schronisku.
Kawa dla dwunastu osĂłb. Znajdziesz je rozrzucone wzdĹuĹź caĹej drogi: albergues, hostales, hospitales... Jak na przykĹad schronisko Ĺw. MikoĹaja, ktĂłre zostaĹo odnowione przez grupÄ pielgrzymĂłw z Perugii â z Bractwa Ĺw. Jakuba de Compostela â jakieĹ 20 lat temu. Z jednej strony cztery dwupiÄtrowe Ĺóşka, z drugiej â stóŠz Ĺawami. ĹwiatĹo dostaje siÄ do Ĺrodka tylko przez jeden otwĂłr znajdujÄ
cy siÄ w absydzie. Za zasĹonkÄ
stoi palnik z maszynkÄ
do kawy dla dwunastu osĂłb â znak, Ĺźe tutaj goĹcinnoĹÄ jest made in Italy. I biada temu, kto zgasi ogieĹ: po wypiciu kawy trzeba zrobiÄ nastÄpnÄ
, Ĺźeby poczÄstowaÄ niÄ
tego, kto bÄdzie tÄdy przechodziĹ. Osiem osĂłb, ktĂłre tutaj spaĹy, wyruszyĹy w drogÄ niecaĹe póŠgodziny temu, a juĹź zjawiajÄ
siÄ dwaj bracia z PoĹudniowej Afryki. âWejdĹşcie! Macie ochotÄ na kawÄ?â â nieustanny ruch, wciÄ
Ĺź ktoĹ siÄ krÄci, aĹź do późnego popoĹudnia, kiedy pielgrzymi zaczynajÄ
zatrzymywaÄ siÄ na nocleg. Hospitalero Christian, ktĂłry w ciÄ
gu roku uczy w szkole podstawowej w Kolonii, codziennie umywa pielgrzymom stopy w miednicy, przy blasku Ĺwiecy. âW 2004 roku to ja byĹem przypadkowym goĹciem, ten rytuaĹ mnie zawstydzaĹ: dlaczego jakiĹ czĹowiek klÄka przede mnÄ
?â Teraz robi to samo jako wolontariusz Bractwa, dla przypomnienia, Ĺźe Jezus pragnie umywaÄ nam stopy oraz Ĺźe chce nas kochaÄ. âWiele osĂłb nie jest chrzeĹcijanami â tĹumaczy Judit z Budapesztu, ktĂłra w hospital przygotowuje kolacje i opatruje pÄcherze na stopach. â Podoba im siÄ trekking i wÄdrujÄ
dla sportu. Gdy jednak otrzymujÄ
ten dar, zaraz pojmujÄ
jego znaczenie. Nie mĂłwiÄ
nic â pĹaczÄ
â.
Dar â jest nim caĹa droga, kaĹźdy krok. âPoniewaĹź usiana jest cudami, wielkimi i maĹymiâ â opowiada Christian, ktĂłry w marcu wyruszyĹ do Santiago z Palcu Ĺw. Piotra. OczywiĹcie âcudâ nie oznacza tutaj jakiegoĹ nadprzyrodzonego zjawiska: czÄsto chodzi o innego pielgrzyma, ktĂłry uĹmiecha siÄ do ciebie w deszczu; o rolnika, ktĂłry Ĺźyczy ci: âBuen camino...â, albo o pozdrowienie UltrĂŠya, ktĂłre od Ĺredniowiecza wypowiada siÄ tutaj dla dodania sobie odwagi, po to by mieÄ siĹÄ iĹÄ dalej. SÄ
teĹź takie zdarzenia, o ktĂłrych nigdy siÄ nie zapomina: âJak to, ktĂłre przytrafiĹo mi siÄ dwa miesiÄ
ce temu, gdy minÄ
Ĺem juĹź Monginevro. Pewnego wieczoru dotarĹem do jakiegoĹ miasteczka. ByĹo późno, zimno i nie miaĹem pieniÄdzy, Ĺźeby zatrzymaÄ siÄ w hotelu. ZadzwoniĹem na plebaniÄ, ale proboszcza nie byĹo. W koĹciele teĹź nikogo nie znalazĹem. Jednak dokĹadnie w chwili, gdy zbieraĹem siÄ do dalszej drogi, wyszedĹ mi na spotkanie jakiĹ czĹowiek: âJesteĹ pielgrzymem? Gdzie nocujesz?â. PomyĹlaĹem, Ĺźe to ktoĹ z policji, tymczasem byĹ to kierownik hotelu, ktĂłry zaproponowaĹ mi, Ĺźebym zatrzymaĹ siÄ u nich: âZadzwoniĹ do mnie burmistrz: zobaczyĹ ciÄ przez okno. ZapĹaci za noclegâ. Christian do tej pory nie wie, dlaczego tak siÄ staĹo: âNa tej drodze pojmujesz, Ĺźe nie jesteĹ sam. Jest BĂłgâ, ktĂłry wychodzi ci naprzeciw. To tak jakbyĹ prĂłbowaĹ dotrzeÄ do jakiegoĹ celu, a tymczasem to cel przybliĹźa siÄ do ciebie.
Wobec nieskoĹczonoĹci. Takie jest Ĺźycie. Homo viator [czĹowiek wÄdrowiec]: wyruszasz, planujesz jakiĹ odcinek drogi, potem zaczyna padaÄ, zatrzymujesz siÄ, zawierzasz. I znĂłw wyruszasz, gubisz szlak, ktoĹ sprowadza ciÄ na wĹaĹciwÄ
drogÄ. Znajdujesz siÄ w towarzystwie kogoĹ, kto dzieli z tobÄ
wÄdrĂłwkÄ, choÄby tylko jeden odcinek. Wiesz, Ĺźe nie przynaleĹźysz do miejsca, ktĂłre przemierzasz. Bez ojczyzny, zawsze na wygnaniu. Uczysz siÄ czekaÄ, byÄ cierpliwym. ParaliĹźuje ciÄ myĹl o twoich ograniczeniach. Gdy podniesiesz wzrok i spojrzysz na gwiazdy Drogi Mlecznej, ktĂłre dla Ĺredniowiecznych pielgrzymĂłw byĹy odbiciem drogi do Santiago â idziesz naprzĂłd. WaĹźne jest, by nie straciÄ z oczu znakĂłw: drogowskazu, tablicy, kamienia z wymalowanÄ
muszlÄ
, ktĂłra jest symbolem pielgrzymĂłw. Po dotarciu do Santiago pÄ
tnicy wÄdrujÄ
jeszcze trzy dni, aby dotrzeÄ do Oceanu, do PrzylÄ
dka Finisterre, do kraĹcĂłw Ĺwiata. Za nim jest tylko nieznane. NiegdyĹ na plaĹźy szukali muszli, aby zabraÄ do domu kawaĹek nieskoĹczonoĹci, pamiÄ
tkÄ caĹej wyprawy. Tutaj, zgodnie z tradycjÄ
, dopĹynÄli uczniowie ĹwiÄtego Jakuba, poszukujÄ
c miejsca, gdzie mogliby go pochowaÄ. ApostoĹ, ktĂłry wraz ze swoim bratem Janem prosiĹ Jezusa, by mĂłgĹ zajÄ
Ä w niebie miejsce u Jego boku; ktĂłry poczuĹ siÄ sprowokowany pytaniem: âChcesz piÄ mĂłj kielich?â (por. Mk 35â40), aby daÄ o Nim Ĺwiadectwo, udaĹ siÄ w najbardziej odlegĹe strony, w jakie mĂłgĹ dotrzeÄ. Nie bÄdÄ
c jednak w stanie nawrĂłciÄ nikogo w Hiszpanii, wrĂłciĹ do Jerozolimy, gdzie krĂłl Herod Agryppa kazaĹ go ĹciÄ
Ä. Jakub wybraĹ ten kielich, zostajÄ
c w ten sposĂłb pierwszym mÄczennikiem spoĹrĂłd Dwunastu. Osiem wiekĂłw później deszcz spadajÄ
cych gwiazd wskazaĹ pewnemu pustelnikowi z hiszpaĹskiej Galicji miejsce, gdzie przyjaciele Jakuba przenieĹli jego koĹci. Compostela â pole gwiazd. Od tamtej pory staĹo siÄ ono celem wÄdrĂłwki ludzi w drodze: prostych wiernych, kuglarzy, biskupĂłw, ĹźebrakĂłw, a nawet wiÄĹşniĂłw (byĹa to alternatywa dla odbycia wyroku w wiÄzieniu) oraz wielkich ĹwiÄtych, jak Franciszek z AsyĹźu.
U stĂłp krzyĹźa. A dziĹ? âDla wielu osĂłb nie jest to juĹź chrzeĹcijaĹska pielgrzymkaâ â tĹumaczy Jean. WĹaĹnie przechodzimy przez El Anso, maĹe, na wpóŠzniszczone miasteczko, poĹoĹźone o trzy dni drogi od LeĂłn. Za plecami zostawiamy dzwonnicÄ, ktĂłra teraz sĹuĹźy dwĂłm bocianom za gniazdo. âNie rozumiem, jak moĹźna wÄdrowaÄ dla samego wÄdrowaniaâ â mĂłwi, ocierajÄ
c rÄcznikiem pot spĹywajÄ
cy spod ĹźoĹnierskiego beretu. Ma okoĹo 50 lat, wykĹada literaturÄ i jÄzyk francuski na Uniwersytecie Perpignan. Od oĹmiu lat, kaĹźdego roku przemierza jeden odcinek caĹego szlaku. Przewiduje, Ĺźe do celu dotrze w lipcu 2013 roku. Dlaczego idzie? âDla czegoĹ wiÄcej, ale bez roszczenia otrzymania czegokolwiek. WspĂłĹczesny czĹowiek zawsze szuka jakiegoĹ zysku, tymczasem darem jest juĹź to, Ĺźe moĹźna zostawiÄ swoje sprawy i wyruszyÄ: tutaj zaczyna siÄ nawrĂłcenie. Bo przecieĹź to, czy dotrÄ do celu, nie zaleĹźy ode mnieâ.
Z pewnoĹciÄ
kaĹźdy, kto wyrusza do grobu Ĺw. Jakuba â na tyle, na ile jest to w stanie pojÄ
Ä â doĹwiadcza pewnej fascynacji. SÄ
ludzie, ktĂłrzy przemierzajÄ
naprawdÄ szmat drogi, przybywajÄ
c tu z Europy, ale teĹź z innych zakÄ
tkĂłw Ĺwiata: z Brazylii, Wietnamu, USA, a nawet z PoĹudniowej Korei. Tak jak Min, ktĂłry ma 67 lat i caĹe Ĺźycie pracowaĹ jako sprzedawca obuwia. Spotykamy go kilka kilometrĂłw dalej, niedaleko Ribanal del Camino, wioski liczÄ
cej okoĹo dwunastu domĂłw z kamienia, ciÄ
gnÄ
cych siÄ wzdĹuĹź gĂłrskiej ĹcieĹźki (ktĂłra mimo wszystko szczyci siÄ nazwÄ
KrĂłlewskiej Drogi). Gdy tylko przeszedĹ na emeryturÄ, zaproponowaĹ Ĺźonie, by razem poszli do Santiago. Jak na razie jednak jego celem jest dotarcie do hostalu, w ktĂłrym byĹby telewizor: dzisiaj Korea gra z ArgentynÄ
i nawet ĹwiÄtemu Jakubowi nie udaĹoby siÄ oderwaÄ go od lady w barze.
Droga pnie siÄ do gĂłry. Dzisiaj sĹoĹce nie ma litoĹci. Trzeba pokonaÄ osiem kilometrĂłw, by wspiÄ
Ä siÄ na wysokoĹÄ 1500 metrĂłw i dotrzeÄ do najwyĹźej poĹoĹźonego punktu na caĹym szlaku, a zarazem do jednego z miejsc o najbogatszej historii: Cruz de Hierro â to niespeĹna metrowy Ĺźelazny krzyĹź, wznoszÄ
cy siÄ na palu, ktĂłry gĂłruje nad skalistym wzniesieniem. Tam od wiekĂłw pielgrzymi zanoszÄ
swoje ciÄĹźary: zĹo i cierpienie â jakby po to, by mĂłc je tu zĹoĹźyÄ i zawierzyÄ. Na niektĂłrych kamieniach moĹźna przeczytaÄ modlitwÄ albo podziÄkowanie. Na wielu widnieje tylko podpis. Podstawa pala to feria barw: zawieszone na ĹaĹcuszkach i wstÄ
Ĺźkach apaszki, kwiaty, karteczki, flagi, tysiÄ
ce zdjÄÄ osĂłb bliskich tym, ktĂłrzy tÄdy przechodzili. Z poĹoĹźonej w pobliĹźu ĹÄ
ki dochodzi Ĺpiew odprawianej w jÄzyku niemieckim Mszy Ĺw., ty tymczasem zastanawiasz siÄ, komu pozostawiono te wszystkie rzeczy. Przez chwilÄ myĹlisz o historiach tych osĂłb, modlisz siÄ.
Zakonnicy z Samos, poĹoĹźonego o cztery dni marszu od Cruz, czyniÄ
to od wiekĂłw. Nie przemierzajÄ
nawet metra szlaku, ale dla nich camino trwa nieustannie. Nie ma koĹca od tysiÄ
ca lat: wciÄ
Ĺź otwierajÄ
drzwi temu, kto do nich puka. âĹwiÄty Benedykt nauczyĹ nas przyjmowaÄ pielgrzyma jak Chrystusaâ â w jednym z najstarszych kruĹźgankĂłw w Hiszpanii rozmawiamy z przeorem klasztoru, ojcem JosĂŠ Luisem. Nawet jeĹli goĹÄ â jak miaĹo to miejsce trzy dni temu â znika z ofiarÄ
zebranÄ
podczas Mszy Ĺw. Za to kto wie, czego doĹwiadczyĹ mniej wiÄcej 30-letni pielgrzym z Andory, ktĂłry przybyĹ tu bez grosza, bowiem w hostelu ukradziono mu wszystko, ĹÄ
cznie z plecakiem i Ĺpiworem. âJeden zakonnik daĹ mu karimatÄ, drugi bluzÄ... UbraliĹmy go na nowo od stĂłp do gĹĂłw. Kiedy wyruszaĹ w drogÄ, byĹ wzruszony: ÂŤPomodlÄ siÄ za was w SantiagoÂťâ. Obok klasztoru ojcowie prowadzÄ
abergue, w ktĂłrym jest okoĹo 30 piÄtrowych Ĺóşek (âw 1989 r., kiedy w Santiago odbywaĹy siÄ Ĺwiatowe Dni MĹodzieĹźy, w salach i na kruĹźgankach spaĹo 500 osĂłbâ). W przedsionku pielgrzymĂłw przyjmuje hospitalero Marc, witajÄ
c ich we wszystkich znanych sobie jÄzykach. Zanim osiem lat temu przeszedĹ na emeryturÄ, pracowaĹ w ParyĹźu jako kierownik w zakĹadzie z czÄĹciami samochodowymi, dziĹ natomiast, stojÄ
c za recepcyjnÄ
ladÄ
, skrupulatnie zapisuje dane goĹci i tĹumaczy, co to takiego donativo â podpora caĹego camino: kaĹźdy moĹźe zĹoĹźyÄ dobrowolnÄ
ofiarÄ za nocleg, opĹacajÄ
c w ten sposĂłb takĹźe Ĺóşko temu, kto nie moĹźe sobie na to pozwoliÄ. Pyta o datÄ urodzin i wskazuje miejsce pod ĹcianÄ
w wielkiej sali, ktĂłrÄ
kilku jego kolegĂłw, wzorujÄ
c siÄ na malowidĹach w katedrze w LeĂłn, ozdobiĹo freskami przedstawiajÄ
cymi dwanaĹcie miesiÄcy. Obok dbania o czystoĹÄ jest to sposĂłb na upiÄkszenie tego miejsca: âOd tego zaczyna siÄ goĹcinnoĹÄâ â tĹumaczy. Nie ma jednak czasu: wĹaĹnie przyszĹo czterech pielgrzymĂłw z Alabamy. KoĹczy wiÄc szybko i rzuca: âBuen camino, rĂłwnieĹź przez Ĺźycieâ.
Wyruszasz w drogÄ, majÄ
c te fakty przed oczami. Tam gdzie wczeĹniej widziaĹeĹ sĹoneczne ĹwiatĹo przypominajÄ
ce kolorem kwiaty ginestry, teraz pada wilgotny cieĹ dÄbu. Droga wiodÄ
ca przez pastwiska i lasy to pnie siÄ w gĂłrÄ, to znĂłw schodzi w dĂłĹ. Cel jest juĹź blisko. MoĹźna o tym przeczytaÄ takĹźe na niektĂłrych murach: âTodo se cumple!â â wszystko znajduje speĹnienie w Santiago. WĂłwczas nie zwracasz juĹź nawet uwagi na to, Ĺźe teraz zamiast ĹcieĹźek jest asfaltowa droga; na szaroĹÄ przedmieĹcia, na roztargnienie pielgrzymĂłw, ktĂłrzy dopiero co wysiedli z autokaru; na ciÄ
g maĹych sklepikĂłw. Wiadukt, ĹwiatĹa, ulice w centrum, ruch jak w normalnym dniu pracy. Tu jednak znajduje siÄ katedra ze swoimi wieĹźami oraz omszaĹÄ
fasadÄ
. Atlantyckie powietrze. Wchodzisz po schodach, to juĹź ostatnie kroki i stajesz otoczony Portykiem ChwaĹy: jakby wszyscy prorocy i ĹwiÄci wyrzeĹşbieni ponad osiem wiekĂłw temu czekali tutaj na ciebie od zawsze. ĹwiÄty Jakub stoi na kolumnie w Ĺrodku, on takĹźe ma pielgrzymi kostur. Jakby zaprasza ciÄ, byĹ podniĂłsĹ wzrok i spojrzaĹ na Chrystusa KrĂłla, na te rozwarte szeroko ramiona, ktĂłre dajÄ
ci do zrozumienia, Ĺźe jesteĹ w domu i Ĺźe nie masz czego siÄ lÄkaÄ.
BĂłg ma gest. MĹody chĹopak z krÄconymi wĹosami i jasnym zarostem na twarzy patrzy na Niego ze Ĺzami w oczach. Ma na imiÄ Ivars, pochodzi z Ĺotwy. W wieku 35 lat ma wszystko: zrobiĹ karierÄ, jest zdrowy, zaĹoĹźyĹ rodzinÄ. TĹumaczy, Ĺźe nie jest za bardzo religijny: swĂłj protestancki koĹcióŠodwiedza tylko w BoĹźe Narodzenie i na Wielkanoc. Dlaczego wiÄc przez dwa tygodnie wÄdrowaĹ szlakiem Ĺw. Jakuba? âDla sportu â przyznaje. â Ale takĹźe dlatego, Ĺźe tak naprawdÄ czegoĹ mi brakujeâ. I co znalazĹ? âChciaĹbym to zrozumieÄ. Wiem tylko, Ĺźe nie mogÄ przestaÄ pĹakaÄ. Nie spodziewaĹem siÄ tego: wyruszyĹem prawie przez przypadek, a dotarĹem tu niczym czĹowiek olĹniony jakÄ
Ĺ ĹwiatĹoĹciÄ
â. Opowiada o kilku wydarzeniach, ktĂłrych nie potrafi wymazaÄ z pamiÄci, na przykĹad o tym, jak siÄ zgubiĹ, a jakiĹ miejscowy przejÄ
wszy siÄ tym, podwiĂłzĹ go traktorem do wĹaĹciwego skrzyĹźowania. DzieĹ po dniu uzbieraĹ siÄ spory stos takich faktĂłw, tak Ĺźe po przejĹciu caĹej tej drogi moĹźe powiedzieÄ: âTeraz widzÄ, Ĺźe wcale nie dotarĹem do celu: moja wÄdrĂłwka tutaj siÄ zaczynaâ.
Teraz rozumiesz, dlaczego nie moĹźesz oceniaÄ, ile warte sÄ
racje, ktĂłre prowadzÄ
ludzi do grobu Ĺw. Jakuba, i Ĺźe Bogu wystarczy pierwszy lepszy pretekst, by ciÄ pochwyciÄ. JeĹli chcesz, Ĺźeby ktoĹ to potwierdziĹ, wystarczy, Ĺźe zapytasz ojca JosĂŠ. Od czasu kiedy przyjÄ
Ĺ ĹwiÄcenia w 1965 roku, kaĹźdego ranka zasiada w jednym z piÄtnastu konfesjonaĹĂłw w katedrze, uczestniczÄ
c w ten sposĂłb w tysiÄ
cach cudĂłw: âBo BĂłg ma gest â opowiada. â Wczoraj, na przykĹad, do spowiedzi przyszedĹ pewien mÄĹźczyzna. Kiedy zapytaĹem go, od kiedy nie przystÄpowaĹ do sakramentu pokuty, wybuchnÄ
Ĺ pĹaczem: ÂŤOd okoĹo 50 lat, ojcze...Âť. Wiele osĂłb wyrusza na ten szlak z najgĹupszych powodĂłw, moĹźemy byÄ jednak spokojni: jeĹli BĂłg chce dotknÄ
Ä czyjegoĹ serca, moĹźe posĹuĹźyÄ siÄ wszystkimâ. On ma gest. |