Tylko z tego moĹźe powstaÄ lud: nie z teologii albo z filozofii, nie z analiz, ale z tego, co siÄ wydarza, wydarza siÄ teraz.
Za piÄÄ dwunasta grupa osĂłb ustawionych gÄsiego prosi o pozwolenie na wejĹcie. Plac ĹwiÄtego Piotra jest juĹź peĹny, nie jest Ĺatwo siÄ przecisnÄ
Ä. Znam jednÄ
z nich. Wszyscy przyjechali z Sycylii.
â Co sĹychaÄ?
â Mamy maĹo czasu.
â Kiedy przyjechaliĹcie?
â W tej chwili.
TĹumaczy mi, Ĺźe gdy tylko Ojciec ĹwiÄty udzieli bĹogosĹawieĹstwa, muszÄ
zmykaÄ, bo inaczej ucieknie im pociÄ
g. No ale jeĹli juĹź trzeba zostaÄ tak krĂłtko, to wypadaĹoby chociaĹź byÄ na Placu ĹwiÄtego Piotra, a nie staÄ wzdĹuĹź alei.
DziesiÄÄ godzin drogi, piÄÄ minut spÄdzonych tutaj, a potem kolejne dziesiÄÄ godzin podróşy. Ĺťycie czĹowieka to nie Ĺźarty â mĂłwi do mnie. Tak wĹaĹnie jest. PrzypomniaĹ mi siÄ ten staroĹźytny krĂłl, ktĂłry widzÄ
c ptaszka przelatujÄ
cego przez portyk, gdzie jadĹ on obiad ze swoimi dworzanami, zauwaĹźyĹ, Ĺźe takĹźe nasz pobyt na ziemi jest niczym lot ptaka: krĂłtka chwila, jedno uderzenie skrzydeĹ.
Istnieje jednak róşnica miÄdzy tym staroĹźytnym wĹadcÄ
a moim przyjacielem z Sycylii: krĂłl byĹ smutny, tymczasem mĂłj przyjaciel jest radosny. KrĂłlowi nie dawaĹa spokoju jego maĹoĹÄ; czuĹ, Ĺźe Ĺźycie sobie z niego zakpiĹo. Tymczasem mĂłj przyjaciel jest zadowolony z tej dwudziestogodzinnej podróşy, poniewaĹź teraz jest tutaj, przez te piÄÄ minut jest tutaj.
Sens naszej wielkiej chrzeĹcijaĹskiej cywilizacji tkwi wĹaĹnie w przejĹciu od tamtego smutku do tej radoĹci. DziĹ chcÄ
zniszczyÄ ten budynek: kiedyĹ prĂłbowano to zrobiÄ, rozlewajÄ
c krew, dziĹ â rzucajÄ
c oszczerstwa (nie jest jednak powiedziane, Ĺźe kiedyĹ nie dojdzie jeszcze do rozlewu krwi).
Gdy otwiera siÄ papieskie okno, Plac zmienia oblicze. WczeĹniej, prawdÄ mĂłwiÄ
c, na to wszystko, co dziaĹo siÄ wokĂłĹ, spoglÄ
daĹem doĹÄ krytycznie. KaĹźda grupka coĹ tam sobie ĹpiewaĹa, wykrzykiwaĹa, obnosiĹa siÄ ze swoimi gadĹźetami â balonikami, chorÄ
giewkami, podkoszulkami â i nawet ci, ktĂłrzy mieli pilnowaÄ Placu, nie popisali siÄ za bardzo. Na Ĺamach dzisiejszej prasy wymienia siÄ nazwy stowarzyszeĹ, ruchĂłw i grup, ktĂłre przyĹÄ
czyĹy siÄ do manifestacji.
Jednak gdy okno otwiera siÄ na oĹcieĹź i ukazuje siÄ w nim PapieĹź, wszystko siÄ zmienia, caĹy Plac zwraca siÄ ku niemu, wszyscy stajemy siÄ jednym, jak jeden czĹowiek.
Regina Coeli, laetare, alleluia:
wesel siÄ, KrĂłlowo Nieba, raduj siÄ Ty, ktĂłraĹ w niewyobraĹźalnym akcie preferencji Wiekuistego trzymaĹa w swoich ramionach dzieciÄ, KrĂłla WszechĹwiata,
Quem meruisti portare,
a potem peĹna bĂłlu przyjÄĹaĹ na swoje Ĺono Jego ciaĹo zamordowane przez nasze zĹo; Ty, ktĂłra bardziej niĹź ktĂłrakolwiek z istot miaĹaĹ prawo pĹakaÄ; Ty, ktĂłraĹ swoim pĹaczem pocieszyĹa tak wiele matek pĹaczÄ
cych z powodu swoich zmarĹych dzieci, polegĹych na wojnach, utraconych jeszcze przed narodzinami; Ty, ktĂłra po to, by zanieĹÄ Ĺwiatu TajemnicÄ, zaakceptowaĹaĹ najwiÄksze cierpienie, jakie mogĹo zostaÄ dane istnieniu â wesel siÄ. Ja, ktĂłry jestem ostatnim z ludzkich istnieĹ, oĹmielam siÄ uklÄknÄ
Ä przed TobÄ
, aby oznajmiÄ Ci, Ĺźe TwĂłj Syn zmartwychwstaĹ, jak zapowiedziaĹ,
Resurrexit sicut dixit,
dlatego nie sÄ
próşne Jego sĹowa. My, ktĂłrzy przeĹźyliĹmy tÄ straszliwÄ
sobotÄ, tak straszliwÄ
, bo nawet Jego sĹowa wydawaĹy siÄ próşne, flatus vocis, tchnienie gĹosu, i zobaczyliĹmy naszÄ
nadziejÄ w momencie, gdy roztrzaskiwaĹa siÄ na kawaĹki jak zamek ze szkĹa, wĹaĹnie my moĹźemy Ci powiedzieÄ, Ĺźe TwĂłj Syn zwyciÄĹźyĹ ĹmierÄ. Dlatego mĂłdl siÄ za nami,
Ora pro nobis Deum,
bo odtÄ
d nigdy juĹź nie bÄdzie dnia bez tego radosnego orÄdzia. âJam zwyciÄĹźyĹ ĹmierÄâ â rozlegnie siÄ w naszym sercu, naszych rodzinach, poĹrĂłd naszych przyjaciĂłĹ, na caĹym Ĺwiecie.
Na telebimach oblicze Ojca ĹwiÄtego wydaje siÄ szczÄĹliwe i wzruszone. Nie jesteĹmy juĹź wieloma grupami, jesteĹmy tylko Twoimi dzieÄmi, jesteĹmy Twoim ludem. Tylko z tego moĹźe powstaÄ lud: tylko z jednoĹci z TobÄ
, z jednoĹci z nieprzewidzianym Wydarzeniem, ktĂłre poprzez Ĺono Kobiety staĹo siÄ naszym przyjacielem, a dzisiaj przybiera Twoje, tak bardzo umiĹowane, oblicze. Nie z teologii albo z filozofii, nie z analiz, ale z tego, co siÄ wydarza, wydarza siÄ teraz.
Przychodzi mi na myĹl obraz Caravaggia Maria Magdalena, ktĂłry podziwiaĹem akurat poprzedniego dnia w Rzymie, w Galerii Doria Pamphili przy ulicy Corso. Namalowana przez tego 24-letniego geniusza z Bergamo Magdalena przedstawiona zostaĹa na nim w pozycji siedzÄ
cej, koĹo niej zaĹ znajduje siÄ odrzucona biĹźuteria oraz flakonik z olejkiem, ktĂłrym miaĹa namaĹciÄ Panu Jego stopy.
Ten tak prosty gest, bez wyszukanych sĹĂłw, ten dar z siebie, ktĂłry porzuca rzeczy naleĹźÄ
ce do przeszĹoĹci (nie dlatego, Ĺźe nie sÄ
piÄkne, ale dlatego, Ĺźe jest coĹ niezmiernie piÄkniejszego, jest samo PiÄkno), jakĹźe jest prosty! Na cóş naszyjnik z pereĹ, na cóş kolczyki z kokardkÄ
, gdy staje siÄ w obliczu tak wymownej ObecnoĹci?
Czy moĹźemy powiedzieÄ, Ĺźe Magdalena przylgnÄĹa do chrzeĹcijaĹstwa? Nie, moĹźemy powiedzieÄ, Ĺźe Magdalena pobiegĹa, by sĹuchaÄ gĹosu Tego, ktĂłry jako pierwszy przylgnÄ
Ĺ do niej, biednej kobiety; Tego, ktĂłry naprawdÄ jÄ
kocha; do gĹosu, ktĂłry gdy tylko sĹyszy siÄ go po raz pierwszy, kaĹźe nam powiedzieÄ: âOto On!â.
Lud, nasz lud jest tym przylgniÄciem. Dlatego nie boimy siÄ zĹa Ĺwiata, niepewnej przyszĹoĹci. Dla nas teraĹşniejszoĹÄ, ta teraĹşniejszoĹÄ tutaj, gdzie ma siÄ czelnoĹÄ obraĹźaÄ PapieĹźa jak âostatniego z prostakĂłwâ (PĂŠguy), jest peĹna Chrystusa, ktĂłry kaĹźdego dnia pomaga nam, byĹmy nie umarli pod ciÄĹźarem zĹa, ktĂłre popeĹniamy.
Gdy tylko koĹczy siÄ Regina Coeli, Ojciec ĹwiÄty przemawia do nas wzruszony, peĹen wdziÄcznoĹci. MĂłwi do nas jak dĹuĹźnik, a przecieĹź to my jesteĹmy jego dĹuĹźnikami.
Grupa z Sycylii juĹź siÄ zbiera, pociÄ
g nie bÄdzie czekaĹ. MĂłj przyjaciel, przechodzÄ
c obok, bierze mnie za rÄkÄ i jÄ
Ĺciska. Obracam siÄ, a on mi dziÄkuje. Nie zdÄ
ĹźyĹem nawet zapytaÄ: âZa co?â, a on jest juĹź daleko.
Ale w tym rĂłwnieĹź nie ma smutku.