i inne...
ON WSZYSTKO ZMIENIA
Drogi ksiÄĹźe JuliĂĄnie, chcÄ Ci bardzo podziÄkowaÄ za ostatnie rekolekcje Bractwa CL. ByĹy to moje pierwsze rekolekcje od czasu, kiedy wstÄ
piĹam do Bractwa. Na poczÄ
tku wydawaĹo mi siÄ, Ĺźe wszystko, co mĂłwisz, juĹź sĹyszaĹam, juĹź czytaĹam, Ĺźe niczego nowego siÄ nie dowiem. WĹaĹnie: wiedza â po raz kolejny doĹwiadczam rozĹamu miÄdzy wiedzÄ
a wiarÄ
, ale nie o tym chcÄ Ci opowiedzieÄ. Z tych trzech intensywnie przeĹźytych dni najbardziej uderzyĹo mnie jedno zdanie, wypowiedziane przez Ciebie w sobotni poranek: âNigdy nie myĹleliĹcie, nie patrzyliĹcie na Chrystusa tak jak Jan i Andrzejâ. Nie postawiĹeĹ znaku zapytania, to byĹo stwierdzenie, tak bardzo rezonujÄ
ce w moim sercu. Nigdy nie patrzyĹam na Chrystusa tak jak ApostoĹowie. Z tym rozbrzmiewajÄ
cym w sercu zdaniem wrĂłciĹam do codziennych obowiÄ
zkĂłw. Na oddziale w szpitalu, gdzie pracujÄ, wĹrĂłd personelu wywiÄ
zaĹa siÄ rozmowa na temat uĹomnoĹci ksiÄĹźy, antykoncepcji i wartoĹci w ogĂłle. Pomimo tego, iĹź dopiero zaczynam pracÄ i na oddziale szpitalnym jeszcze nic mi nie wolno (wĹaĹnie skoĹczyĹam studia), wiedziaĹam, Ĺźe wobec takich oszczerstw i kĹamstw nie mogÄ przejĹÄ obojÄtnie. PowiedziaĹam mojemu przeĹoĹźonemu (notabene jest on czĹowiekiem ochrzczonym i uczÄszcza na MszÄ Ĺw.), ktĂłry zachwycaĹ siÄ zasadami panujÄ
cymi w buddyzmie, Ĺźe chyba nie wie, czym jest chrzeĹcijaĹstwo, Ĺźe nie jest to religia ani zasad, ani wartoĹci, Ĺźe sÄ
one jakby dodatkiem, Ĺźe chrzeĹcijaĹstwo to CoĹ wiÄcej. Na tym zakoĹczyĹa siÄ rozmowa. NastÄpnego dnia koĹczyĹam akurat staĹź na tym oddziale. Ordynator, ĹźegnajÄ
c siÄ ze mnÄ
, powiedziaĹ mi, Ĺźe wierzy w to, Ĺźe BĂłg mnie prowadzi (i mĂłwiĹ to szczerze).
To byĹ dla mnie najpiÄkniejszy dzieĹ na ortopedii. OdkryĹam bowiem, Ĺźe tylko Chrystus jest w stanie zmieniaÄ miÄdzyludzkie relacje. Tylko On, Jego obecnoĹÄ, gdy nie jest negowana, zmienia wszystko, sprawia, Ĺźe w deszczowy dzieĹ Ĺwieci sĹoĹce.
Anna, KrakĂłw
CHOROBA GIANNIEGO:
DROGA DO PRAWDY O SOBIE
Publikujemy list, ktĂłry jeden z uczniĂłw napisaĹ do swojego przyjaciela z Kazachstanu.
Drogi Fulvio, niespodziewany tÄtniak mĂłzgu, wykryty u Gianniego, mojego najlepszego towarzysza drogi, byĹ najpotÄĹźniejszym trzÄsieniem ziemi, jakie mnie dotknÄĹo. ByĹy to tygodnie peĹne nieustannego zdumienia. Pierwszym zaskoczeniem byĹo zasĹabniÄcie Gianniego. W trzech lub czterech podtrzymywaliĹmy mu gĹowÄ, Ĺźeby siÄ nie udusiĹ; staraliĹmy siÄ jakoĹ uĹoĹźyÄ jego ciaĹo. PoĹrĂłd tego niesamowitego zamieszania, jakie panowaĹo w tamtej chwili, poĹrĂłd przeraĹźenia oraz niedowierzania, w ciele drĹźaĹo coĹ innego. Nie mogliĹmy odĹÄ
czyÄ osoby Gianniego od Jezusa, od tej ObecnoĹci, ktĂłrej ofiarowaĹ swoje Ĺźycie do ostatniej chwili. NastÄpnego dnia wszyscy wrĂłcili do szkoĹy. I tu znowu zaskoczenie. Zawsze narzekaliĹmy, Ĺźe piÄkne wieczory, spotkania z wielkimi Ĺwiadkami czÄsto nie wytrzymywaĹy zderzenia z codziennoĹciÄ
, przede wszystkim tÄ
szkolnÄ
. Tym razem natomiast wrĂłciliĹmy do szkoĹy, na swoje miejsca, i nigdy nie byliĹmy tak uwaĹźni, zafascynowani, czujni, oĹźywieni. Niczego nie chcieliĹmy straciÄ, poniewaĹź â jak uczyĹ nas Gianni â kiedy czĹowiek chce odpowiedzi, pomocy, towarzystwa, najwiÄkszym przyjacielem, najwierniejszym, jest rzeczywistoĹÄ. Potem byĹo spotkanie z ksiÄdzem CarrĂłnem, ktĂłry powiedziaĹ: âCóş to za tajemnica! Musicie byÄ uwaĹźni, musicie patrzeÄ na wszystkie czynniki, nie zaprzepaĹÄcie tej wielkiej okazji. Poprzez chorobÄ Gianniego, Tajemnica prowadzi was do prawdyâ. Tutaj nastÄ
piĹ zwrot, nowa radykalnoĹÄ, wewnÄ
trz rzeczywistoĹci, w ktĂłrej znajdowaliĹmy siÄ my wszyscy; nie chcieliĹmy âzrozumieÄâ, ale pragnÄliĹmy âprawdyâ, pragnÄliĹmy Jego! PatrzyliĹmy sobie w twarz, a czynnikiem dominujÄ
cym w przeĹźywanym doĹwiadczeniu byĹ bĂłl, zabrakĹo nam ojca. Dlatego teĹź zwrĂłciliĹmy siÄ do siebie nawzajem z proĹbÄ
, by nie cenzurowaÄ trudu, Ĺez, zĹoĹci, powierzchownoĹci, smutku, niczego. Ta nowoĹÄ zrodziĹa miÄdzy nami nowe spojrzenie, wzruszyĹo mnie miĹosierdzie, z jakim zaczÄliĹmy na siebie patrzeÄ. StÄ
d powstaĹ pomysĹ, byĹmy razem siÄ uczyli, z pragnienia, by robiÄ dobrze to, do czego zostaliĹmy powoĹani, z pragnienia odpowiadania na rzeczywistoĹÄ szkoĹy, ktĂłra byĹa naszym powoĹaniem. Nauka do 18.30, potem róşaniec za Gianniego, a potem kaĹźdy wracaĹ do swojego domu. Jednym sĹowem coĹ, czego nigdy wczeĹniej nie doĹwiadczyliĹmy: uczyliĹmy siÄ, przepeĹnieni mnĂłstwem pytaĹ: âJaka okazja zostaĹa mi dzisiaj dana? PrzyjdĹş, zaskocz mnie! PotrzebujÄ CiÄ jak nigdy przedtemâ. ProĹba ta zaczÄĹa zagarniaÄ coraz wiÄkszÄ
przestrzeĹ. Pewnego ranka byĹem spóźniony, jak strzaĹa pÄdziĹem samochodem, by dotrzeÄ na czas. Do szkoĹy mogÄ jechaÄ dwiema drogami. Na jednej sÄ
ĹwiatĹa, ktĂłre prawie zawsze sÄ
zielone, na drugim skrzyĹźowaniu natomiast prawie zawsze trzeba czekaÄ. Przez pomyĹkÄ pojechaĹem drugÄ
drogÄ
; dojeĹźdĹźam do ĹwiateĹ i zapala siÄ czerwone. PowiedziaĹem sobie: âA niech to, jadÄ do szkoĹy, Ĺźeby robiÄ to, co naleĹźy do moich obowiÄ
zkĂłw, dlaczego pozwalasz, by zapaliĹo siÄ czerwone ĹwiatĹo i kaĹźesz mi zwolniÄ? JuĹź jestem spóźniony!â i nagle pomyĹlaĹem o Giannim. OdmĂłwiĹem AnioĹ PaĹski i wszystko staĹo siÄ jasne. Jakby ktoĹ powiedziaĹ: âZatrzymaj siÄ, gdzie pÄdzisz? Jeszcze sobie o Mnie nie przypomniaĹeĹ!â. Od tamtego ranka zawsze jeĹźdĹźÄ tÄ
drogÄ
, ĹwiatĹa zawsze sÄ
czerwone, kaĹźdego dnia powtarza siÄ to samo. Pewnego wieczoru jechaĹem natomiast samochodem z Gio. Mam stare, zdezelowane auto, wycieraczka dziaĹa tylko od strony kierowcy. LaĹo, byĹ duĹźy ruch. W pewnym momencie powiedziaĹem do Giovanniego: âPopatrz, moja wycieraczka dziaĹa, a twoja nie. Jaka jest róşnica? Ja widzÄ wyraĹşniej te same rzeczy, ktĂłre widzisz ty, a wiÄc niebezpieczeĹstwa, dziury, zakrÄty â one wciÄ
Ĺź sÄ
, nikt ich nie usunÄ
Ĺ...â. Z Giannim byĹo tak samo, to trzÄsienie ziemi, ktĂłre pojawiĹo siÄ w moim Ĺźyciu, wyraĹşniej zarysowywaĹo rzeczy ze wzglÄdu na ich wartoĹÄ. ByliĹmy na trzydniowym wyjeĹşdzie poĹÄ
czonym z naukÄ
i tam wydarzyĹa siÄ najwiÄksza niespodzianka. UczyĹem siÄ elektrotechniki, przedmiotu, ktĂłrego nie znoszÄ; ofiarowaĹem tÄ naukÄ: âPanie, ofiarujÄ Ci trud tych dni za Gianniego, ktĂłrego czeka rehabilitacjaâ. RozwiÄ
zywanie zadaĹ tekstowych z matematyki, rĂłwnaĹ â to tak jakby mu towarzyszyÄ w tym zaczynaniu na nowo, prowadzÄ
c go pod rÄkÄ po schodach, po ktĂłrych musi wchodziÄ kaĹźdego ranka. Kilka tygodni temu zadzwoniĹ do mnie, po miesiÄ
cu przerwy. JakieĹź wzruszenie! Paradoksalnie, w tamtej chwili zrozumiaĹem tekst z ulotki ruchowej w zwiÄ
zku z trzÄsieniem ziemi na Haiti: âNasze Ĺźycie naleĹźy do KogoĹ Innegoâ. PoĹrĂłd tych, ktĂłrzy zweryfikowali wezwanie rzucone nam przez ksiÄdza CarrĂłna, by nie zaprzepaĹciÄ tej okazji, pojawiĹa siÄ umiejÄtnoĹÄ przebaczania, przygarniÄcia, czuĹoĹci â braterstwo. PrawdÄ
jest, Ĺźe choroba Gianniego uczyniĹa wszystko prawdziwszym. Gdy Gianni miaĹ siÄ juĹź lepiej, poszliĹmy do ksiÄdza CarrĂłna; powiedziaĹ nam wtedy: âMoi drodzy, wydarzyĹo siÄ! WydarzyĹo siÄ!â. Teraz trzeba siÄ rozliczyÄ z faktem, ktĂłry siÄ wydarzyĹ! Od tamtej pory zawsze mam w gĹowie pytanie, ktĂłre Jezus zadaĹ uczniom: âCzy i wy chcecie odejĹÄ?â.
Jaio, Abbiategrasso (Mediolan)
POCAĹUNEK W METRZE
Drogi ksiÄĹźe CarrĂłnie, kiedy chodziĹam do szkoĹy Ĺredniej, wystawialiĹmy wraz z przyjaciĂłĹmi w oratorium Zwiastowanie Paula Claudela; ujÄĹo mnie wĂłwczas zdanie: âJakÄ
wartoĹÄ ma Ĺźycie, jeĹli nie jest ofiarowywane?â, i wtedy wĹaĹnie postanowiĹam, Ĺźe moje Ĺźycie zawsze bÄdzie darem, poniewaĹź tylko w ten sposĂłb bÄdÄ szczÄĹliwa. MuszÄ powiedzieÄ, Ĺźe w nastÄpnych latach nie oszczÄdzaĹam siÄ, gdziekolwiek byĹam: w rodzinie, pracy, dziaĹajÄ
c spoĹecznie. StaraĹam siÄ dawaÄ siebie, nie postrzegaÄ swojego Ĺźycia jako daru, ktĂłrego trzeba zazdroĹnie strzec, ale ktĂłry trzeba dawaÄ innym. Ostatecznie jednak zauwaĹźyĹam, Ĺźe ta ofiara nie wystarcza, bym byĹa szczÄĹliwa. SzczegĂłlnie rodzina wymaga ode mnie bardzo duĹźo, co wywoĹuje we mnie pewien bunt. Dzisiaj rano poszĹam z adoptowanÄ
cĂłrkÄ
, ktĂłra spodziewa siÄ dziecka, na USG. Gdy razem patrzyĹyĹmy na monitor, zdaĹam sobie sprawÄ, Ĺźe obydwie byĹyĹmy wzruszone z powodu tego maĹego stworzenia, ktĂłre widziaĹyĹmy. ZadaĹam sobie pytanie: âCzy ja kiedykolwiek patrzyĹam na mojÄ
cĂłrkÄ z takim samym wzruszeniem? Fakt, Ĺźe dla niej wyrzekĹam siÄ wielu rzeczy, Ĺźe doprowadzaĹa mnie do rozpaczy, a ja nigdy siÄ nie wycofaĹam... Czy jednak kiedykolwiek wzruszyĹam siÄ tym, Ĺźe jest? PoniewaĹź tak a nie inaczej trzymaĹa swoje dĹonie; ze wzglÄdu na jej oczy, bijÄ
ce serce? Moja mama patrzyĹa na mnie w ten sposĂłb, a ja?â. Nie wystarcza âdar z siebie, kropkaâ. Wszystko zawiera siÄ w przymiotniku âwzruszonyâ - peĹne wzruszenia dawanie siebie. I tak oto, gdy wracaĹyĹmy metrem do domu i patrzyĹam na niÄ
wdziÄczna za jej obecnoĹÄ, peĹna podziwu dla jej piÄkna (jest przepiÄkna), wzruszona z powodu wszystkich trudĂłw, ktĂłre jÄ
czekajÄ
, pocaĹowaĹam jÄ
, tak po prostu (nie robiĹam tego juĹź dawno). Nie wiem, jak ona, ale ja znĂłw zaczÄĹam oddychaÄ.
Autorka znana redakcji
OD INSTRUKCJI OBSĹUGI DO SPOJRZENIA PEĹNEGO MIĹOĹCI
Drogi ksiÄĹźe CarrĂłnie, jestem przedszkolankÄ
, pedagogiem i mamÄ
trĂłjki dzieci. Z racji swojej pracy kaĹźdego roku spotykam wielu nauczycieli oraz rodzicĂłw. JakiĹ czas temu poprosiĹam o rozmowÄ pewnÄ
mamÄ, ktĂłrej cĂłrka sprawiaĹa nieco kĹopotĂłw w czasie popoĹudniowej drzemki i juĹź od samego rana byĹa dziwnie zgaszona. W czasie naszej rozmowy zauwaĹźyĹam, Ĺźe mama ta, mimo Ĺźe nie wyraĹźaĹa tego wprost, ma ogromne poczucie winy, zapytaĹam jÄ
wiÄc, jak siÄ czuje. ZaczÄĹa powoli siÄ otwieraÄ i opowiadaÄ o swoich problemach w domu, o codziennych kĹopotach z kapryszÄ
cÄ
cĂłrkÄ
, o odpowiedzialnoĹci, jaka na niej spoczywa z racji tego, Ĺźe mÄ
Ĺź wyjechaĹ z powodu pracy, o pragnieniu, by cĂłrce niczego nie brakowaĹo, a zarazem decyzji o tym, by nie trzymaÄ jej pod kloszem. ByĹa smutna i zagubiona. W pewnym momencie przerwaĹam jej i powiedziaĹam: âJakkolwiek by nie byĹo, jesteĹ najlepszÄ
mamÄ
na Ĺwiecieâ. SpojrzaĹa na mnie i zamilkĹa na jakiĹ czas, po czym wzruszona podziÄkowaĹa mi. ZapytaĹam jÄ
jeszcze o kilka spraw zwiÄ
zanych z wychowaniem cĂłrki i prĂłbowaĹam wytĹumaczyÄ, jak radzÄ sobie ze swoimi dzieÄmi, starajÄ
c siÄ przy tym ogarnÄ
Ä i zrozumieÄ jej trudnÄ
sytuacjÄ. Wypowiedziane przeze mnie zdanie zmieniĹo wszystko: jej relacjÄ ze mnÄ
, ale chyba takĹźe z cĂłrkÄ
, ktĂłra juĹź nastÄpnego dnia wydawaĹa siÄ bardziej pogodna. Jeszcze jakiĹ czas temu, jak przystaĹo na prawdziwÄ
nauczycielkÄ, daĹabym jej w takiej sytuacji âinstrukcjÄ obsĹugiâ, ale tamtego dnia popatrzyĹam na tÄ mamÄ tak, jak patrzy na mnie Jezus poprzez moich przyjaciĂłĹ. Wcale nie zamierzaĹam jej powiedzieÄ tego, co powiedziaĹam, a jednak w tamtej chwili pomyĹlaĹam o wĹasnym ograniczeniu, swoich trudnoĹciach, o swoim, ale takĹźe o jej pragnieniu, by byÄ szczÄĹliwÄ
, i natychmiast oczywistym staĹ siÄ dla mnie fakt, Ĺźe jest coĹ, co nas róşni: pewnoĹÄ co do miĹosiernego spojrzenia, ktĂłrym darzy mnie Jezus. Kiedy to sobie uĹwiadomiĹam, zapragnÄĹam, by i ona mogĹa poczuÄ na sobie to spojrzenie.
Claudia
DAR GABRIELE: CZUĹOĹÄ CHRYSTUSA
Wczoraj rano przychodzÄ do pracy, a koleĹźanki, ktĂłre byĹy na nocnej zmianie, mĂłwiÄ
mi, Ĺźe niedĹugo przyjedzie kobieta w zaawansowanej ciÄ
Ĺźy, ktĂłrej dziecko jest martwe. Trzeba wywoĹaÄ skurcze, a potem asystowaÄ przy porodzie. Starsza koleĹźanka powiedziaĹa do mnie: âPoczekaj na niÄ
!â. Kobieta przyjechaĹa. SpÄdziĹyĹmy razem dwanaĹcie godzin. Na poczÄ
tku bardzo trudno byĹo mi wejĹÄ w relacjÄ z tym maĹĹźeĹstwem; mÄ
Ĺź odnosiĹ siÄ do mnie i do swojej Ĺźony bardzo oziÄble; kobieta byĹa sama. ZaczÄĹam siÄ modliÄ: chciaĹam dobrze zrozumieÄ, co znaczy wzruszyÄ siÄ, i prosiĹam, by Pan zechciaĹ objawiÄ siÄ im i mnie wewnÄ
trz tego tak bardzo dramatycznego wydarzenia. Powoli mÄ
Ĺź siÄ przeĹamywaĹ i zaczÄli siÄ do mnie przybliĹźaÄ. Z kaĹźdÄ
godzinÄ
coraz bardziej uĹwiadamiaĹam sobie, Ĺźe jestem narzÄdziem w rÄkach Pana. Gdy trwaĹy skurcze, miaĹam sposobnoĹÄ do dĹugiej rozmowy z nimi. PowiedziaĹam tym rodzicom, co podtrzymuje moje Ĺźycie. W ciÄ
gu tego bardzo trudnego dla mnie roku zdaĹam sobie sprawÄ, Ĺźe dojrzaĹa we mnie pewnoĹÄ, Ĺźe znajdujÄ siÄ w dobrych rÄkach. WewnÄ
trz trudu i cierpienia, poprzez wielkÄ
ranÄ, Pan pozwoliĹ mi rozkwitnÄ
Ä, aĹź do Ĺwiadomego wyznania: âJeĹli jesteĹ tak wielki, Ĺźe pozwalasz mi wzrastaÄ wĹaĹnie wewnÄ
trz tego trudu, ktĂłry jest niczym cud przed moimi oczami, ja chcÄ nauczyÄ siÄ oddawaÄ Ci caĹe moje Ĺźycie!â. O 17.30 urodziĹ siÄ Gabriele. Na poczÄ
tku rodzice nie chcieli go widzieÄ. PozwoliĹam, by upĹynÄĹo kilka minut, a tymczasem osuszyĹam go i owinÄĹam w ciepĹy koc. Dyskretnie podeszĹam do nich. Dla mnie wĹaĹnie ten moment byĹ najbardziej bolesny, poniewaĹź jako poĹoĹźna, jestem przyzwyczajona do noszenia dzieci peĹnych Ĺźycia. Po kilku minutach mama wyciÄ
gnÄĹa ramiona i wziÄĹa ode mnie dziecko, mĂłwiÄ
c: âZostaĹ przy mnie, tutaj bliskoâ. Przez dwie godziny zostaliĹmy przy dziecku. W pewnym momencie powiedziaĹam: âJeĹli chcecie, odmĂłwmy razem jakÄ
Ĺ modlitwÄâ, i zaczÄĹam od ChwaĹa Ojcu. Gdy tylko skoĹczyliĹmy, ojciec natychmiast doĹÄ
czyĹ z Ojcze nasz, zatrzymujÄ
c siÄ przy sĹowach: âBÄ
dĹş wola Twojaâ. Po skoĹczeniu ZdrowaĹ Maryjo, matka patrzyĹa na mnie i powiedziaĹa: âMa na imiÄ Gabriele jak anioĹ, ktĂłry przyszedĹ do Maryi...â. âPan mĂłj i BĂłg mĂłj!â â wydobyĹo siÄ z gĹÄbi mojego serca. ZaskoczyĹo mnie zupeĹnie nawrĂłcenie tej dwĂłjki rodzicĂłw, Ĺaska czasu, ktĂłrÄ
Pan im daĹ, by w taki sposĂłb spotkali siÄ ze swoim dzieckiem. Przede wszystkim jednak zdumiewa mnie czuĹoĹÄ, z jakÄ
Pan troszczy siÄ o moje Ĺźycie.
Valentina, Lecco
ZNAK NADZIEI
W sobotÄ 10 kwietnia, kiedy wychodziĹam z domu, aby udaÄ siÄ na uroczystoĹci pogrzebowe ĹwiÄtej pamiÄci Rocha, ojca ksiÄdza Jurka, otrzymaĹam sms-a od przyjaciĂłĹki z wiadomoĹciÄ
, Ĺźe samolot prezydencki ma kĹopoty z lÄ
dowaniem. TuĹź przed wejĹciem na cmentarz usĹyszaĹam mimowolnie fragment rozmowy: âBoĹźe, to teraz pozostaje nam siÄ juĹź tylko modliÄ za nich wszystkich...â W kaplicy cmentarnej odmawiano modlitwÄ róşaĹcowÄ
za zmarĹego, a potem rozpoczÄĹy siÄ obrzÄdy pogrzebowe i Msza Ĺw. pod przewodnictwem biskupa gliwickiego Jana Wieczorka, ktĂłry w sĹowie wstÄpnym poleciĹ naszej modlitwie rĂłwnieĹź tragicznie zmarĹych, niemal przed chwilÄ
, Prezydenta RP i osoby mu towarzyszÄ
ce. W ten sposĂłb w jednoĹci KoĹcioĹa, w tej widzialnej wspĂłlnocie wiernych, wĹrĂłd wielu obecnych ksiÄĹźy, a takĹźe przyjacióŠz Ruchu, ktĂłrzy zjechali siÄ na tÄ uroczystoĹÄ z róşnych stron kraju, objÄliĹmy naszÄ
modlitwÄ
wszystkich tych, ktĂłrzy zginÄli w katastrofie. Na zakoĹczenie Eucharystii ksiÄ
dz Joachim wyraziĹ wspĂłĹczucie ksiÄdzu Jurkowi i jego najbliĹźszym w imieniu wspĂłlnoty seminaryjnej oraz wspĂłlnoty ruchu Komunia i Wyzwolenie. ZaznaczyĹ Ĺźe âobecnoĹÄ osĂłb z Ruchu na pogrzebie jest znakiem tej nadziei, o ktĂłrej niestrudzenie i wiernie Ĺwiadczy ksiÄ
dz Jurek jako odpowiedzialny za Ruch w Polsce â Ĺwiadczy o tym, co wczeĹniej sam otrzymaĹâ.
Nasza obecnoĹÄ Ĺwiadczy o KimĹ Innym, jak napisaĹ Charles PĂŠguy w Przedsionku tajemnicy drugiej cnoty:
W kaĹźdym narodzeniu i w kaĹźdym Ĺźyciu.
I w kaĹźdej Ĺmierci.
I w Ĺźyciu wiekuistym, ktĂłre siÄ nie skoĹczy.
I zwyciÄĹźy wszelkÄ
ĹmierÄ. Objawiam siÄ z potÄgÄ
w caĹym mym stworzeniu.
Ci biedni ludzie doprawdy Ĺlepcami by byÄ musieli Ĺźeby mnie nie dostrzec.
W czasie kiedy ksiÄ
dz Jurek skĹadaĹ wyrazy wdziÄcznoĹci i opowiadaĹ z wielkim wzruszeniem o Ĺwiadectwie chrzeĹcijaĹskiego Ĺźycia swojego taty, wspominajÄ
c konkretne okolicznoĹci, w ktĂłrych to Ĺwiadectwo byĹo bardzo czytelne, zauwaĹźyĹam, Ĺźe do koĹcioĹa przez maĹe okienka nawy gĹĂłwnej wpadajÄ
promienie sĹoĹca. Przedtem niebo byĹo zachmurzone, co wzmagaĹo nastrĂłj smutku. Kiedy wychodziliĹmy w kondukcie pogrzebowym z koĹcioĹa, sĹoĹce ukazaĹo siÄ w peĹnym blasku, choÄ na horyzoncie widoczne byĹy nadciÄ
gajÄ
ce ciemne chmury, z ktĂłrych potem polaĹy siÄ strugi obfitego deszczu. Ta opowieĹÄ o sĹoĹcu na pogrzebie, nie jest prĂłbÄ
upoetycznienia tego wydarzenia, ale ma pomĂłc w uĹwiadomieniu sobie, Ĺźe nadzieja jest sĹoĹcem duszy... OĹwieca nam drogÄ, czÄsto pogrÄ
ĹźonÄ
w mroku, i sprawia, Ĺźe znowu chce siÄ bĹagaÄ o to, aby rosĹa miĹoĹÄ do Chrystusa, aby w ten sposĂłb podÄ
ĹźaÄ ku peĹni Ĺźycia, ktĂłre choÄ zmienia siÄ co do formy â tak jak Ĺźycie zmarĹego Rocha, tak jak Ĺźycie tych ludzi, ktĂłrzy zginÄli w katastrofie pod SmoleĹskiem â nie koĹczy siÄ jednak. Wierzymy, Ĺźe oni ĹźyjÄ
, bo Chrystus pokonaĹ ĹmierÄ, w ktĂłrej, tak jak i w Ĺźyciu, naleĹźymy do Niego.
Nadzieja jest jak sĹoĹce, ktĂłrego promienie dodajÄ
mi otuchy, âpopychajÄ
, szturchajÄ
â mojÄ
wiarÄ, aby Ĺźyciu nie zabrakĹo smaku i fascynacji ObecnoĹciÄ
, tym, dla czego jestem stworzona. KsiÄ
dz Giussani napisaĹ, Ĺźe wiara czyni mnie pewnym Przeznaczenia, pozwala mi je poznaÄ, rozpoczyna to poznawanie, ale wiara moĹźe byÄ teĹź mÄczÄ
ca, dlatego nadzieja czyni jÄ
mniej trudnÄ
. SĹoĹce na pogrzebie, sĹoĹce nad SmoleĹskiem... SĹoĹce Nadziei...
Gabrysia, Opole