Menu strony Strona główna Śladów
   
Ślady > Archiwum > 2011 > wrzesień / październik

Ślady, numer 5 / 2011 (wrzesień / październik)

Listy

Przez ciemną dolinę i inne...


KIEDY CHODZI O ZUPEŁNIE INNE WAKACJE…
W połowie lipca mój przyjaciel, ksiądz Alfredo, zaprosił mnie na letnie wakacje CL do Hinton, niedaleko Alberty (Kanada). W pierwszym momencie pomyślałem: „Nie chcę po raz n-ty jechać na katolickie dni skupienia, gdzie trzeba wyznawać swoje grzechy”. Potem przemyślałem jednak wszystko jeszcze raz. Podobał mi się czas i miejsce (Góry Skaliste). Co miałem do stracenia? Postanowiłem pojechać, pod warunkiem że ksiądz Alfredo nie będzie mi nic mówił ani o Ruchu, ani o tym, co będziemy robić. W ten sposób zaczęliśmy naszą przygodę, zabierając ze sobą tylko serce i otwarty umysł. Tuż po przyjeździe, przemierzając zaledwie kilka metrów, które dzieliły parking od wejścia do hotelu, odniosłem zdumiewające wrażenie. Czułem się niczym na jakimś rodzinnym zjeździe. Nie znałem jednak nikogo… Następne dni to potwierdziły. Uderzyły mnie lojalność i uczciwość wszystkich osób ze wspólnoty oraz wielka uwaga, z jaką jedni odnosili się do drugich. Zdumiało mnie również to, że nikt nie zadawał nachalnych pytań, które słyszy się zazwyczaj, gdy spotyka się kogoś po raz pierwszy: „Gdzie pracujesz? Ile zarabiasz? Gdzie mieszkasz? Jak duży masz dom?”. Pytano natomiast: „Czy masz rodzinę? Ile zajęła ci podróż tutaj?”. W każdej piosence, modlitwie, mszy św. była troska oraz miłość, które może zrozumieć tylko ten, kto patrzy na tych ludzi. W każdym razie nie trzeba było wiele, by okazało się, że miały to być wakacje zupełnie inne, niż się spodziewałem. Uderzyły mnie nie tylko słowa wypowiadane podczas assemblei, czasem naprawdę głębokie, ale także to, że pochodziły one z serca tego, kto zabierał głos. Rozpalały we mnie pragnienie poszukiwania w swoim wnętrzu czegoś, co pozwoliłoby mi zrozumieć, kim jestem, poszukiwania oblicza Chrystusa. Po raz pierwszy przebywałem w grupie, w której nie było oznak negatywnego nastawienia czy plotkarstwa. Kilka dni temu zacząłem rozumieć zmiany, które we mnie zaszły. Stało się to dokładnie wtedy, gdy zaczęły powracać moja nietolerancja, pycha oraz uprzedzenia. Te słabości, wraz z wieloma innymi, są oczywistym przypomnieniem nieustannej walki oraz pracy, którą muszę wykonywać, by mogła wzrastać świadomość mojego człowieczeństwa. Ileż czasu zajęło mi na wakacjach poszukiwanie źródła mojej przemiany! Musiałem wrócić do domu, by znaleźć odpowiedź. To prawda, że Chrystus działa w tajemniczy sposób.

Bernie, Croston, B.C. (Kanada)

 

PRZEZ CIEMNĄ DOLINĘ

Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. (...). Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”.

Miałam w tym roku szczęście uczestniczyć w wakacjach dla młodzieży, które były dla mnie bardzo pięknym czasem. Budujący był dla mnie widok młodzieży oraz osób zaangażowanych w te wakacje. Brało w nich również udział sporo dzieci naszych przyjaciół z Ruchu – ze wzruszeniem obserwowałam, jak odkrywają i doświadczają piękna, które zafascynowało i pociągnęło kiedyś ich rodziców.

Wiele nauczyły mnie również wakacje dla rodzin. Po wakacjach młodzieżowych z utęsknieniem czekałam na wyjazd do Jarnołtówka. Poprzez osoby, które tam spotkałam, Bóg pokazał mi, że nie jestem sama i że jest wśród nas Chrystus. Wiele osób pomogło mi znaleźć odpowiedź na moje pytania zawodowe i życiowe. W spotkaniu z nimi i w ich odpowiedziach zobaczyłam owoce życia Szkołą Wspólnoty, zapał i zaangażowanie płynące z wiary.

Po wyjeździe mojego męża odbyła się wycieczka do Czech. Niestety nie mogłam w niej uczestniczyć. Myślałam, że zostanę sama z trójką małych, pełnych energii dzieci. Wtedy przyszedł do mnie kolega wraz ze swoją córką i zaproponował, by wspólnie spędzić ten dzień. Podczas spaceru nosił kolejno moje dzieci oraz z powagą i pasją naukowca odpowiadał na pytania z historii zadawane przez mojego siedmioletniego synka.

A jednak mimo tych pięknych spotkań, rozmów, poruszających świadectw uległam rozproszeniu i dałam się opanować smutkowi. Zgorszyłam się swoją postawą wobec własnych dzieci, brakiem cierpliwości i wyrozumiałości. Wtedy wkradło się zwątpienie i pytanie, co ja robię w tym miejscu. Myśl o tym, że nie pasuję do tego doskonałego towarzystwa. Może ktoś taki powinien odejść z Ruchu albo nie przyjeżdżać na wakacje? Całe piękno, którego doświadczyłam, uleciało, przepadły wszystkie głębokie treści, które były poruszane. Wtedy jednak przyszły mi na myśl słowa Pisma Świętego: „Nie wydawaj duszy swej smutkowi, ani nie dręcz siebie myślami. Radość serca jest życiem człowieka (...). Wytłumacz sobie samemu, pociesz swoje serce i oddal długotrwały smutek od siebie; bo smutek zgubił wielu i nie ma z niego żadnego pożytku”. To piękno, którego zasmakowałam, nie pozwala mi zwyczajnie odejść, obrazić się. Wasza obecność znaczy dla mnie więcej niż przywiązanie. „Gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska”. Wiele osób moje rozterki i niepokoje potrafiło nakierować na właściwe ścieżki wiary, co pomaga mi przejść przez ,,ciemną dolinę”, jaką są moje lęki, i bardziej zaufać Bogu.

Dziękuję Wam wszystkim za Waszą obecność, doświadczenie wiary. Z Tobą, Boże, i z Wami, drodzy Przyjaciele, ,,ciemność nie będzie ciemna, a noc tak jak dzień zajaśnieje”.

Joanna, Warszawa

 

OD WOŹNEJ DO NAUCZYCIELKI – TA SAMA WOLA ŻYCIA

Moja przygoda w szkole zaczęła się w nietuzinkowy sposób. Po ostatniej ciąży musiałam zdecydować, czy znów podjąć pracę. Wcześniej byłam kilka razy na zastępstwach, nigdy jednak nie były to roczne kontrakty (jestem nauczycielką włoskiego). Pewnego dnia zadzwonił do mnie ktoś ze szkoły średniej w Trescore Balneario, niedaleko Bergamo, by zaproponować mi roczną umowę o pracę w charakterze woźnej. Z pewnością nie było to to, czego oczekiwałam, i propozycja ta wprawiła mnie w lekką konsternację. Nie tyle dlatego, że skończyłam studia z zamiarem uczenia w szkole (a nie sprzątania), ale ponieważ tydzień wcześniej udałam się na grób Daria i Clementiny Nembrinich, by zawierzyć im cały rok i sprawę pracy. Pomyślałam: „Dario pracował jako woźny i jest pochowany w Trescore Balneario…”.

Po roku pracy jako woźna otrzymałam umowę o pracę w charakterze nauczycielki (w tej samej szkole!). To był niezwykle intensywny i interesujący rok ze względu na pracę, którą byłam zmuszona wykonać (z uczniami, kolegami, z Radą Rodziców…), jednak najbardziej urzekającego odkrycia dokonałam dzięki młodzieży. Zanim odeszłam, wręczyli mi list, w którym napisali, co znaczył dla nich ten wspólnie spędzony rok. Zaskoczył mnie fragment, w którym mówili o tym, że są wdzięczni za spotkanie z osobą dorosłą, mającą „tak wielką chęć uczenia się rzeczy nowych i ciekawych”. Mogłam się spodziewać, że będą wdzięczni za wszystkie „nowe i ciekawe rzeczy”, których uczyłam, tymczasem zdumiała ich moja chęć uczenia się. To ze względu na nią wchodzę do klasy, zapalam się, opowiadam o smaku, z jakim czytam jakiegoś autora, albo o zaskoczeniu spotkaniem z nimi każdego ranka. To ze względu na tę chęć mówię, że będę odczytywała listę obecności do ostatniego dnia zajęć, czekając na ich odpowiedź: „Obecny”, ponieważ ważne jest, by zaczynać, przypominając sobie, kim jesteśmy (imię) oraz do kogo przynależymy (nazwisko), i to, że właśnie dlatego, że tu jesteśmy i jesteśmy chciani, jesteśmy „obecni”, jesteśmy darem jeden dla drugiego. Krótko mówiąc, ty żyjesz, a oni patrzą na ciebie jak na przybysza z innej planety. Również w klasie, do której koledzy po fachu być może nie chcą wejść, ponieważ nie po to sami tyle się uczyli, żeby teraz uczyć „zwierzęta”… Ty natomiast traktujesz ich jak ludzi, a oni rozkwitają na twoich oczach. Powoli, jasne, potrzeba cierpliwości – takiej samej, jaką Bóg ma do ciebie. Oto dlaczego mam nadzieję, że znów wrócę do szkoły. Czego oczekuję? Z pewnością tego, że ktoś znów uzna we mnie nauczyciela, bardzo bym się z tego cieszyła, nie kryję. Kiedy odkrywasz, że masz talent, nie możesz przejść wobec tego obojętnie. Założywszy jednak, że jako woźna również radzę sobie nie najgorzej, jedyne, czego naprawdę oczekuję, to żyć, niezależnie od miejsca, do którego będę wezwana, by to czynić.

Cristina, Bergamo

 

KRYNICZNO

NAMIOTOWE MIASTECZKO

Piaszczysta polna droga. Po obu jej stronach łany zbóż. Po kilku minutach dojeżdżamy do lasu i leśniczówki Agaty i Władka – gospodarzy, którzy od kilkunastu lat wraz z przyjaciółmi z lutyńskiej wspólnoty Ruchu organizują tu wakacje dla dzieci.

W pierwszych latach na kilkudniowy pobyt do Kryniczna przyjeżdżały dzieci z ubogich rodzin z parafii pw. św. Józefa w Lutyni. Grupa ta była niewielka. Z biegiem czasu jednak, kiedy o wakacjach w leśniczówce mówiło się coraz więcej, kiedy stawały się one niesamowitą atrakcją dla dzieci, gościem w leśniczówce mógł zostać każdy.

O wakacjach myśli się na długo przed ich rozpoczęciem. Trzeba przecież zorganizować namioty wojskowe, łóżka polowe, autokar, którym dojedzie się z dziećmi na basen i do podnóża Ślęży. Trzeba pomyśleć o posiłkach, zabawach dla dzieci, a przede wszystkim o tym, by przez te kilka dni poczuły, że są kochane przez Jezusa.

O tym, jaką wielką troską i miłością obdarza się tutaj najmłodszych, można przekonać się już po kilku chwilach spędzonych w leśniczówce – w organizację wakacji zaangażowane są całe rodziny. Marek i Beata mają swój namiot w ogrodzie przy leśniczówce. Są w Krynicznie ze swoimi dziećmi. Organizują czas wolny, czuwają nad bezpieczeństwem podopiecznych, przywołują do ważnych w ciągu dnia momentów. Agnieszka, siostra Marka, tegoroczne wakacje spędziła na przygotowywaniu posiłków. Dla tak dużej grupy praca w kuchni, pod czułym okiem szefowej Agaty, trwa non stop. Bożenka i Piotr dbają o zapasy, zakupy, zaopatrzenie kuchni. Co roku przywożą też do Kryniczna Krysię, która od kilkudziesięciu lat porusza się na wózku inwalidzkim. Dla niej to również wyjątkowy czas, czas jej wakacji. Grażynka w tym roku opatrywała rany, podawała medykamenty. Wiesiu zorganizował zupełnie nowy i jakże potrzebny węzeł sanitarny. Takich dobrych cioć i wujków w Krynicznie nie brakuje. Kiedy trzeba, przytulą, dadzą całusa – dzięki nim dzieci czują się otoczone autentyczną troską. Niektóre z takimi gestami nie spotykały się od dawna…

W tym roku po raz kolejny przekonałam się, że poświęcenie, ofiarność, radość z organizowania wakacji dla najmłodszych nie może wypływać z innego źródła jak tylko z miłości do Chrystusa. Tylko Chrystus pozwala każdego roku na nowo podejmować wyzwanie przygotowywania tego wypoczynku, wchodzenia w niełatwą rzeczywistość proszenia o to, co niezbędne (łóżka, autokar), zastanawiania się, na jak długo wystarczy w tym roku funduszy. Tylko On pozwala w pełni cieszyć się z tego czasu, a tym samym poznawać siebie i zakorzeniać w najmłodszych poczucie jedności. Mimo trudności, które przecież są (nie najlepsza pogoda, kłopoty z urlopami, pieniędzmi), pobyt w Krynicznie to piękny i wyjątkowy czas. Podczas jednego z ognisk mój mąż powiedział: „Chciałbym tu spędzić wakacje ze swoimi dziećmi”. Ja również.

Karina, Wrocław

 

Będąc po raz pierwszy w Krynicznie, zadziwiłam się prostotą miejsca i dostrzegłam odmienność tego gestu charytatywnego. Nigdzie indziej nie czułam się tak prawdziwie przygarnięta, potrzebna i ukochana braterską miłością. Nie sposób było nie zapytać wtedy, skąd to się bierze, kto to czyni. Tam właśnie zobaczyłam i doświadczyłam atrakcyjności chrześcijaństwa oraz Ruchu jako propozycji dla mojego życia. Można powiedzieć, że właśnie pięć lat temu w Krynicznie nastąpił punkt zwrotny w moim nawróceniu. Jednocześnie Kryniczno jest dla mnie lekcją pokory – patrząc na zaangażowanie i poświęcenie innych przyjaciół, często czuję się zawstydzona własną ułomnością, brakiem uważności. Spotykając takich świadków na swojej drodze, wiem, że mogę wzrastać i stawać się lepszym człowiekiem. To właśnie dzięki wakacjom w Krynicznie zrozumiałam, że większa radość jest w dawaniu – dostajemy wtedy stokroć więcej.

Beata, Wrocław

 

ABY BYĆ MOCNYM W WIERZE

Mój wyjazd na ŚDM składał się z dwóch części. Najpierw nasza grupa gościła w Ponferradzie, w południowej Hiszpanii. Dni te miały być przygotowaniem, a zarazem przedsmakiem spotkania z Ojcem Świętym w Madrycie. Dla mnie oddzielenie od siebie tych dwóch etapów wyjazdu jest szczególnie istotne, gdyż Bóg działał we mnie podczas nich w odmienny sposób. Dni w Ponferradzie można by ogólnie nazwać czasem spotkań. Zgodnie ze słowami: „Nie przypadkiem przechodzisz dziś obok Mnie”, wierzę, że właśnie poprzez te spotkania Bóg chciał mnie do czegoś zaprosić. Spotkałam wiele życzliwości, bezinteresowności, szczerych uśmiechów, drobnych gestów. Zaangażowanie wolontariuszy, otwartość hiszpańskich rodzin i poczucie jedności w wierze, mimo różnic kulturowych i barier językowych. Spotkani ludzie pozostawili w moim sercu światło, które zatrzymam do końca życia. Pozostawili też pragnienie, by być takim światłem dla innych. Zrozumiałam, że potrzebowałam najpierw otrzymać, by móc dawać, że tylko człowiek, który sam doświadcza miłości, potrafi kochać. Bóg dał mi odczuć, jak silne jest we mnie to pragnienie miłości, oraz to, w jaki sposób On je zaspokaja. Czuję się kochana przez Boga, widząc Jego dzieła i dobroć moich braci w wierze, a ze źródła tej miłości wypływa ogromne pragnienie, by się tą miłością dzielić. Wiem, że konieczne jest codzienne przypominanie sobie o doświadczeniu tej miłości, zanurzanie się w niej i czerpanie z jej źródła siły do codziennych zmagań.

W Ponferradzie nadarzyło się wiele okazji do wspólnych zabaw z osobami innych narodowości, było bardziej kameralnie niż później w Madrycie. Byliśmy jakby bliżej siebie. Nie pomyślałabym wcześniej, że można tak cudownie spędzić czas wśród ludzi, z którymi nie umiemy się porozumieć za pomocą słów. Tańczyliśmy, śpiewaliśmy w różnych językach, wielbiliśmy Boga. Właśnie podczas tych prostych zabaw z ludźmi o różnym kolorze skóry doświadczyłam przedsionka nieba i prawdy o tym, że by wejść do królestwa niebieskiego, mamy być jak dzieci. Aby doświadczyć tej prostoty i radości z bycia dzieckiem Bożym, musiałam jednak dać się pociągnąć i zaangażować w proponowane wydarzenie. Dopóki nie zaangażowałam się w zabawę, stałam z boku, dziwiąc się, z czego inni się tak cieszą. Przekonałam się, jak ważne jest pójście za pragnieniem, które jest we mnie, i zwalczanie oporu, który nie pozwalał mi z prostotą odpowiedzieć na propozycję zabawy. Coś we mnie pękło i poczułam dziecięcą radość.

Dni w diecezjach były czasem, w którym doświadczałam niesamowitego pokoju w sercu i Bożej obecności. Miał to być jednak przedsmak spotkania w Madrycie, jechałam więc do stolicy Hiszpanii spragniona jeszcze większych uniesień duchowych i cudów. Tymczasem Pan Bóg przygotował tam dla mnie coś innego – drogę zamiast cudu, zmęczenie zamiast zabawy. Wiele spraw związanych z pobytem w Madrycie nie wyszło tak, jak to zaplanowaliśmy. Problemy zaczęły się, gdy okazało się, że będziemy zakwaterowaniu nie w Madrycie, lecz 60 km od niego. Do tego nie u rodzin, lecz w szkole, gdzie spało 200 osób. Codziennie dojazdy zajmowały nam bardzo dużo czasu (jechaliśmy najpierw autobusem, potem pociągiem, a w końcu metrem), przez co nie mogliśmy uczestniczyć w pełni w wielu wydarzeniach, gdyż trzeba było zdążyć na ostatni, powrotny pociąg. Dojazdy to tylko jedna z trudności, jakie nas spotkały. Doszło do nich zmęczenie, upały, tłumy ludzi… Wspominam o tym nie dlatego, by narzekać, ale ponieważ w Madrycie Bóg pozwolił mi zrozumieć, że wszystkie te zmagania i komplikacje były mi bardzo potrzebne. Słowa: „Zgubić siebie, by siebie odnaleźć”, które pragnęłam wcielić w życie od dawna, mogły stać się rzeczywistością. Bóg dał sposobność, by „umierał we mnie stary człowiek, a rodził się nowy”, zgodnie ze słowami: „Kto żyje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem”. Podczas zmagania się z własnymi słabościami, z przebiegiem wyjazdu, układającym się nie tak, jak chcieliśmy, wyzwalałam się z przywiązania do wygód, egoizmu, próżności, a przede wszystkim z przywiązania do własnych planów. Czułam się coraz bardziej wolna, czułam, że żadne ziemskie trudności nie zabiorą mi tej wolności, którą mam w Nim. „Świadomość swojej nicości, przy jednoczesnym poczuciu wielkości” – te słowa oddają to, co czułam. Cały trud oddałam Bogu, dlatego nie był on bezsensowny. Według logiki tego świata ważniejsze są przyjemności i zadowalanie siebie, a trud i cierpienie – czymś, czego należy unikać. Logika Boża jest jednak inna. Trud ofiarowany Bogu ma ogromny sens, a odpowiedzią na to jest krzyż Chrystusa. Fakt, że z powodu niesprzyjających okoliczności nie mogliśmy uczestniczyć w niemal żadnym wydarzeniu kulturalnym (wystawy, muzea, zwiedzanie), był powodem frustracji wielu członków mojej grupy. Skłoniło mnie to do refleksji nad celem naszej pielgrzymki. Odpowiedź była prosta – było nim umocnienie w wierze. Nie pozwoliłam się więc ogarnąć rozżaleniu nad tym, czego nie było nam dane doświadczyć, ale jeszcze bardziej poczułam pragnienie, by w tym wszystkim, co zostało nam dane, działał Bóg, zgodnie ze swoją wolą. I pomimo tego, że nie zobaczyłam wielu pięknych zapewne miejsc, doświadczyłam, że wszystko, co daje Bóg, ma sens, także fakt, iż wiele rzeczy nie dzieje się po naszej myśli. Uczestniczyłam w pełni w tym, w czym mogłam – przede wszystkim była to codzienna msza św. i spotkania z Papieżem – a Bóg obdarował moją duszę wspanialszymi darami od tych widzialnych dla oka. Jest to dla mnie zachęta do tego, by przeżywać w pełni rzeczywistość taką, jaką On ją daje, bo przygotował dla nas wielkie rzeczy, choć nie zawsze po naszej myśli.

Te wszystkie trudności okazały się błogosławieństwem dla przebudzenia mojego „ja”, które nauczyło się przeżywać pełniej rzeczywistość, bo przestało narzucać Bogu swoje własne plany. Trud okazał się więc bardziej owocny od cudu, jakiego doświadczyłam wcześniej. Zapoczątkował bowiem w moim życiu nową drogę, przebudził moje „ja”. Mówię o początku drogi, gdyż wiem, że to, czy to doświadczenie będzie obecne w moim życiu, będzie zależeć od podążania tą drogą, od codziennego wysiłku, obserwowania siebie w działaniu i pragnienia, by żyć w pełni.

Kasia, Wrocław

 

 

HISTORIA MIŁOŚCI I WYBRANIA

Pójście za Jezusem i podjęcie jakiejkolwiek formy życia duchownego jest możliwe, ponieważ Bóg nieustannie zaprasza każdego z nas do tego, by oddał Mu się całkowicie i radykalnie. Jezus spogląda na nas z miłością, a Jego spojrzenie jest tak przekonywujące i przyciągające, że człowiek czuje, iż odnajdzie prawdziwe i pełne szczęście oraz spełnienie tylko wtedy, gdy odpowie „tak”.Niżej przedstawiona krótka historia życia i powołania jest opowieścią o „tak” wypowiedzianym przez Gabrielę Gasz, jedną z dwóch osób, bez których nie powstałaby Wspólnota Matki Bożej z Walsingham – nowe zgromadzenie kontemplacyjne należące do diecezji Westminster w Wielkiej Brytanii*. Gabriela w 2006 roku złożyła pierwsze śluby w kryptach katedry Westminster, a 24 września tego roku śluby wieczyste. Wcześniej związana była z opolską wspólnotą CL.

Życie to dla mnie podróż. U jego początków, w dzieciństwie, jesteśmy prowadzeni przez inne osoby i być może nie mamy powodów do zadawania jakichkolwiek pytań. Później jednak, gdy zaczynamy sami brać za nie odpowiedzialność, czujemy przynaglenie do zadania sobie pytania: „Dokąd zmierzam?”. Pytanie to dotyka sensu misterium życia i tajemnicy mojego „ja”. Dlaczego urodziłam się w Polsce, w takim, a nie innym miejscu, czasie i rodzinie? Przychodząc na świat w komunistycznym, a jednocześnie głęboko przesiąkniętym zmysłem religijnym kraju, wyposażona zostałam w pewne przeczucie, że nasze życie przenika działanie Boga. Dzięki temu wiedziałam, że moje życie swój początek i cel ma w Bogu. Co więcej, pragnęłam tę życiową podróż odbyć z Nim i dla Niego.

Jaką ścieżkę ku Niemu miałam wybrać? Myśląc o życiu zakonnym, stawiałam sobie pytanie: czy istnieje może jakaś inna droga, którą można przemierzać, pozostając w tak wielkiej bliskości z Nim? Dzięki spotkaniom z ludźmi głębokiej wiary w moim lokalnym Kościele, w ruchu Comunione e Liberazione oraz z chrześcijanami różnych wyznań uświadomiłam sobie, że odpowiedź na to pytanie niekoniecznie wiąże się ze stanem, w którym miałabym żyć, lecz raczej z moim zaangażowaniem w oddanie się Bogu. Jako studentka, z nadzieją, że będę nauczać języków angielskiego i rosyjskiego, oraz nieustannym pragnieniem zdobywania wiedzy i życiowego doświadczenia, wyjeżdżałam zagranicę. Moje zagraniczne podróże odbywały się równolegle do mojej podróży wewnętrznej, podczas której poszukiwałam odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie: czy to ma być małżeństwo, życie samotne czy zakonne? Kto pyta, nie błądzi, i w końcu wątpliwości zaczęły się rozwiewać. Pewnego dnia zaproszono mnie na spotkanie Grupy Powołaniowej dla Kobiet. Uświadomiłam sobie, że jest to miejsce, w którym mogę zdobyć wskazówki i spotkać towarzyszki podążające tą samą drogą. Potem, o dziwo, zaryzykowałam jeszcze więcej i przyłączyłam się do Cornestone, wspólnoty mającej na celu głębsze rozeznanie osobistego powołania w szerokim tego słowa znaczeniu, to jest uwzględniając małżeństwo i życie samotne. Było to doświadczenie, które mogę opisać jako bycie odzieraną z niepotrzebnego bagażu moich uprzedzeń, obaw i lęków. Co odkryłam w zamian? Otóż uświadomiłam sobie, jakie naprawdę były moje pragnienia i kim w rzeczywistości byłam – z moimi talentami i ograniczeniami – wzrastając ku wewnętrznej wolności. Jednak największym skarbem, jaki dane mi było odnaleźć, było zrozumienie, kim dla mnie osobiście jest Jezus i jakie jest moje osobiste powołanie, które było skierowanym do mnie Jego zaproszeniem do podróży z Nim w życiu zakonnym i to w zupełnie nowej formie.

Powoli stawało się jasne, że ta nowa forma życia zakonnego oznaczała dla mnie bycie jedną ze współzałożycielek Wspólnoty Matki Bożej z Walsingham. Dlaczego nowa wspólnota? Osoba wstępująca w związek małżeński mogłaby równie dobrze zapytać, dlaczego Tomek, a nie Andrzej; czemu Zosia, a nie koleżanka Kasia. Myślę, że odpowiedź tkwi w wewnętrznym przekonaniu, że zostałam wybrana i że moje życie stanie się pełnią w tej jedności (lub komunii). Inną sprawą jest, że moje życie może w ten sposób, bardziej niż kiedykolwiek przedtem, być dla drugiego. W tej wspólnocie wciąż na nowo odkrywam namiętną miłość Boga do człowieka i Jego pełnię życia w każdym z nas.

Co może mi pomóc wytrwać na tej drodze? Coraz głębsza miłość, wiara i nadzieja w Bogu, który jest dla mnie wszystkim, jest moją jedyną podporą na tej trudnej drodze. Mówi się, że życie zakonne to życie na krawędzi, i wydaje się, że jest to prawda dla mnie i mojej wspólnoty. Czy rozumiesz więc, dlaczego moje towarzyszki i ja potrzebujemy twojej modlitwy?

 

Wspólnota Matki Bożej z Walsingham (COLW – Community of Our Lady of Walsingham) jest wspólnotą kontemplacyjną, założoną 6 stycznia 2004 roku; należy do Diecezji Westminster w Wielkiej Brytanii. Wspólnota zakorzeniona jest w tradycji karmelitańskiej i rozwija duchowość powołaniową, która jest istotą charyzmatu COLW. Powstała w odpowiedzi na potrzeby młodych ludzi poszukujących swojego powołania. W ten sposób kolejno tworzyły się: Grupa Powołaniowa (Vocations Group), Wspólnota Cornestone i w końcu Wspólnota Matki Bożej z Walsingham.

Poprzez swoje powołanie do życia we wspólnocie zgodnie z ewangelicznymi radami członkowie COLW chcą wspomagać innych w życiu pełnią powołania do miłości, promując kulturę powołaniową w Kościele i we współczesnym świecie, pomagając innym wypowiedzieć „fiat” na ich drodze życia. Wspólnota żyje świadomością żywej obecności Boga pośród Jego ludu i Jego niepowtarzalnej relacji z każdym z nas. Poprzez modlitwę, gościnność i towarzyszenie ma na celu pomagać innym w rozpoznawaniu ich bycia „wezwanymi po imieniu” do świętości.

COLW ma nadzieję zachęcić do tworzenia kultury, w której wszystkie powołania są jednakowo wartościowane i doceniane, tak aby każda osoba żyła pełnią powołania do życia i miłości, gdziekolwiek się znajduje, i w tym odkrywała tę wyjątkową dla każdego identyfikację z Chrystusem.

Więcej informacji o zgromadzeniu można znaleźć na stronach: www.walsinghamcommunity.org, info@walsinghamcommunity.org lub pod numerem tel.: 00 44 1277 373959. Od września 2004 roku Wspólnota prowadzi też Diecezjalny Dom Modlitwy (więcej na: www.abbotswick.org).

Tłum. i oprac. na podstawie informacji znajdujących się na stronie internetowej Wspólnoty (www.walsinghamcommunity.org): Aneta Lepich

 

 

List skierowany do opolskiej wspólnoty CL. Abbotswick, 6 lipca 2011 r.

 

Drodzy Przyjaciele CL w Opolu!

Pozdrawiam Was wszystkich – tych, którzy są mi dobrze znani, i tych, których nigdy nie poznałam, ale z którymi czuję jedność w Panu.

Już dawno nie widziałam Waszych twarzy i nie zasiadałam pośród Was na regularnej Szkole Wspólnoty. Pomimo dzielącej nas odległości oraz długiego czasu, który upłynął od naszego ostatniego spotkania, wierność Waszej przyjaźni w wyjątkowy sposób dotyka teraz mojego życia w Chrystusie. Wasza pamięć, wyrażająca się w życzeniach świątecznych i modlitwie, przez lata mojej nieobecności w Polsce wciąż ożywia łaski otrzymane w towarzystwie osób, przyjaciół, wskazujących mi zawsze Chrystusa. Tym gestem Waszej przyjaźni umacnialiście moje powołanie. Za sprawą Jego łaski pragnę zawierzyć się Bogu i oddać służbie Jemu w życiu zakonnym, składając wieczyste śluby w święto Matki Bożej z Walsingham (24 września 2011 r.).

Kiedy przypominam sobie moment Bożego wezwania do pójścia za Nim w tej nowej wspólnocie zakonnej (Community of Our Lady of Walsigham), oprócz szaleństwa i radości z powodu podjętego kroku, pamiętam również ból rozłąki z regularnym trybem życia wspólnoty CL tutaj, w Londynie. Z czasem zaczęłam odkrywać, że charyzmat mojej wspólnoty łączy w sobie wiele elementów charyzmatu CL. To, co mnie formowało przez przyjaźń i Szkołę Wspólnoty, zostało jakby przypieczętowane doświadczeniem wiary i łaskami otrzymanymi w czasie głębokiej przynależności do CL. Te kształtujące mnie doświadczenia przeżywania rzeczywistości w Bogu, który jest „wszystkim we wszystkich”, stały się filarem wiary i otwartości na to, czego On pragnie w tej nowej wspólnocie zakonnej, na to, czego On pragnie każdego dnia.

Dzielę się okruchami tego bogactwa, jakiego doświadczyłam w CL i jakie żyje we mnie i przeze mnie dla Wspólnoty Matki Bożej z Walsingham. Wasza przyjaźń i modlitwa są dla mnie istotne, bym mogła w pełni żyć swoim powołaniem. We wrześniu i w październiku będzie u nas na czas próbny, czas aspirantury, Polka. Jeśli Pan ją powołuje do nas, to nasza międzynarodowa, polska część, będzie rosnąć w siłę. Chwała Panu!

Powierzam jeszcze raz siebie i moją wspólnotę Waszym modlitwom, zapewniając o naszej modlitewnej pamięci podczas codziennych adoracji.

In communio

Wasza siostra Gabriela COLW


Polska strona Ruchu CL   |   Kontakt z redakcją