Menu strony Strona główna Śladów
   
Ślady > Archiwum > 2015 > maj / czerwiec

Ślady, numer 3 / 2015 (maj / czerwiec)

Życie CL

Stokroć jest zawsze czymś więcej

Od pytań zadawanych w dzieciństwie po intuicję związana z projekcją nagrania "Uznać Chrystusa". Aż po dzisiejsze "wezwanie". Wystąpienie DAVIDE PROSPERIEGO, wiceprzewodniczącego Bractwa CL, podczas Triduum GS.

Davide Prosperi


Uczestniczyłem w waszej, w naszej, Drodze krzyżowej po 25 latach, które upłynęły od czasu, gdy byłem w GS, i uderzyło mnie – podobnie jak większość z was, tak sądzę, a mam nadzieję, że wszystkich – piękno gestu. I właśnie dlatego natychmiast przyszło mi na myśl ważne pytanie: czym jest to piękno wobec sprzeczności świata? (…) Chrystus jest dzisiaj wciąż krzyżowany, we mnie i na świecie. Myślałem o męczennikach – trzeba o tym powiedzieć – w Kenii, tych chrześcijanach, którzy kilka dni temu zostali zamordowani w imię wiary. A wówczas co znaczy to piękno, jak może to piękno nieść ze sobą całą tę sprzeczność zła i niezrozumienia? Muszę powiedzieć, że bardzo pomógł nam gest. Ten, kto przeżył go głęboko, mógł utożsamić się z tym, co się wydarzało. Utożsamić się znaczy czuć to, co czuł ten, kto tam był, począwszy od Jezusa. W pewnym momencie zadałem sobie pytanie: dlaczego Jezus, który miał władzę nad całą rzeczywistością, człowiek, który potrafił przywrócić wzrok niewidomemu, postawić na nogi kalekę, wskrzesić nieżyjącego od czterech dni, zgodził się umrzeć?

Nie ma nic bardziej niezrozumiałego dla nas, przyzwyczajonych do myślenia w pewien określony sposób. Dla nas, znajdujących największą przyjemność w możliwości urzeczywistniania naszego planu dotyczącego naszego przeznaczenia, w upajaniu się realizacją tego, czego się spodziewamy, nie ma miejsca na umieranie, a jednak Syn Boży zaakceptował właśnie to. Był posłuszny, to znaczy żył w jedyny sposób, w jaki my także możemy żyć, by spełnić nasze przeznaczenie, tak jak On spełnił swoje. Gdyby zrobił coś innego od tego, czym my możemy żyć dzisiaj, w jaki sposób mógłbym się z tym utożsamiać? Przyjął to, co dla nas jest niemocą, a ponieważ w świecie, którego jesteśmy dziećmi, w naszym sposobie myślenia, niemoc jest synonimem niepłodności, to znaczy niezdolności do rodzenia dobra, jest to poczucie bezradności wobec spraw. Wczoraj jednak przeżyliśmy coś przeciwnego –- zobaczyliśmy, że niemoc może stać się początkiem, zrodzeniem nowej płodności. (…) Przystając przy stacjach Drogi krzyżowej, słuchaliśmy Stabat Mater, które opisuje, co uczyniła wobec wiszącego na krzyżu Syna Maryja, a słuchaliśmy go, ponieważ jeśli chcemy zrozumieć, spróbować zrozumieć, co wydarzyło się tego dnia, musimy patrzeć na tę Kobietę, na Jego Matkę, jedyną, która rozumiała. Maryja stała, „stała Matka boleściwa”, to znaczy uczestniczyła, towarzyszyła swojemu Synowi. Co innego mogła zrobić? Dlaczego Maryja nie weszła na krzyż i Go z niego nie zdjęła, dlaczego nie zaczęła krzyczeć na rzymskich oprawców? Ponieważ jako jedyna rozumiała, że w ten sposób spełniało się przeznaczenie Jej Syna, a poprzez Niego przeznaczenie świata.

Chcę nauczyć się tak patrzeć. Chcę nauczyć się widzieć rzeczy tak, jak widziała je Ona, dostrzegać to, na co tak trudno jest patrzeć, ponieważ dla nas rzeczywistość jest tylko tym, co powierzchowne. Dlatego jesteśmy tak bardzo atakowani przez zwątpienie, jak powiedzieliśmy. Ponieważ ja – chcę opowiedzieć wam pierwszy epizod z mojego dzieciństwa – byłem, nie wiem, czy pełen wątpliwości, ale bezsprzecznie pełen niepewności, gdyż straciłem tatę w wieku sześciu lat; a bez taty odczuwa się brak obecności, która wprowadza cię w rzeczywistość. (…) Muszę wam opowiedzieć o tym, co wydarzyło się przed śmiercią mojego taty.

Mój dziadek miał jeszcze jednego syna, który zmarł w dzieciństwie na ostre zapalenie opon mózgowych; jego żona nie mogła mieć już więcej dzieci, a widząc swojego męża tak bardzo przygnębionego z tego powodu, złożyła ślub, że jest gotowa oddać swoje życie, byle mieć jeszcze jedno dziecko. Po kilku latach ponownie zaszła w ciążę, ale lekarze powiedzieli jej od razu, że powinna natychmiast ją usunąć, ponieważ dziecko i tak się nie urodzi, a poza tym ona ryzykowała utratę życia. Ona jednak powiedziała, że jest gotowa oddać swoje życie, ponieważ jest pewna, że ta ciąża jest jej dana od Boga. W ten sposób donosiła ją. I urodził się mój ojciec, ale babcia zmarła podczas porodu. Mój ojciec zginął w wieku 33 lat w wypadku. Pamiętam, że kiedy byliśmy mali, ja i mój brat chodziliśmy do dziadka w czasie świąt i w wieku ośmiu, dziesięciu lat – na tyle, na ile może zrozumieć dziecko – patrzyliśmy na niego i zadawaliśmy sobie pytanie: co takiego sprawia, że człowiek, któremu wszystko zostało odebrane, ma jeszcze pewność, że życie to nie iluzja? Taki nam właśnie stał przed oczami: człowiek doświadczony, wypróbowany przez życie, ale nie pokonany, człowiek wiary.

 

To pytanie, które pod pewnym względem odczuwałem jako tak bardzo sprzeczne z niepewnościami, które przeżywałem, nigdy nie dało mi spokoju: czy można żyć w ten sposób wobec wszystkiego, tak żeby nie była to iluzja, żeby nie było to kłamstwo? Pomijając to wszystko, co wydarzyło się w międzyczasie, chciałbym wam powiedzieć o tym, co było dla mnie prawdziwą odpowiedzią na cały ten dramat, który przeżywałem przez wiele lat, i który wciąż jeszcze przeżywam, ponieważ życie, jeśli nie jest wątpliwością, jest problemem. Jak mówi Szkoła Wspólnoty: alternatywą wątpliwości nie jest pewność; alternatywą wątpliwości jest problem. Znaczy to, że życie stawia problemy, ponieważ nie wszystko jest już rozwiązane, i to popycha nas do działania. Wielkość człowieka rozpoznajesz po tym, że się nie poddaje, a nie po tym, że natychmiast potrafi na wszystko udzielić odpowiedzi. Odnośnie do tego, przeskakując kilka lat do przodu, dochodzę do mojego wielkiego spotkania, które miało miejsce w 1994 roku podczas rekolekcji, w czasach, gdy chodziłem na studia. Ich tytuł brzmiał – i doskonale pasował właśnie do mnie – „Uznać Chrystusa”. To mnie interesowało: jak można uznać, że tym, czego oczekuje moje serce, jest właśnie On? Ksiądz Giussani – po raz pierwszy zobaczyłem go z tak bliska – zaczął mówić, cytując Kafkę: „Jest punkt dojścia, ale nie ma żadnej drogi”, jest meta, ale nie ma drogi, by ją osiągnąć. Oto właśnie był mój problem. Rozumiałem, czułem, że chcę żyć dla czegoś wielkiego, pragnąłem, by moje życie się nie zmarnowało, by nie było tylko zdefiniowane przez czas, który upływa i pomału cię pożera, ale by zostało przeżyte dla ideału. Ale gdzie jest ten ideał? To dla mnie był problem.

By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zacząć doświadczać tego, że ten ideał ma coś wspólnego z twoim życiem, z tym, czym żyjesz, z tym, co czujesz, z problemami, które masz. (…) Ideał musi mieć coś wspólnego z tym wszystkim, w przeciwnym razie co to za ideał? Byłby nieosiągalny, to znaczy „nie ma drogi”.

By odpowiedzieć na to pytanie, ksiądz Giussani zaczął opowiadać o Janie i Andrzeju, którzy jako pierwsi spotkali Jezusa. Na myśl o tym dotąd przechodzą mnie ciarki po plecach, ponieważ kiedy mówił, ja przeżywałem ten epizod, jak gdybym tam był. Było widać, że on jakby tam był, obok tych dwóch, i powoli budziło się we mnie pytanie: ale jak on to robi? Ale jak może tak mówić? Opowiadał nawet o tym, co powiedział Andrzej, kiedy po powrocie do domu spotkał swoją żonę, która widziała, że się zmienił. Możecie to zobaczyć na nagraniu, które ukazało się wraz z „Corriere della Sera” z okazji 10. rocznicy śmierci księdza Giussaniego. Jak mógł mówić coś takiego? Ponieważ najwidoczniej, było to dla niego obecne wydarzenie, przeżywał teraz to, co wydarzyło się wówczas. Pamiętam, że kiedy słuchałem go, gdy mówił, powoli rosło we mnie pragnienie, by móc przeżywać – bym może ja także, tak niepewny, tak niezdolny mógł przeżywać – to, co przeżywał on.

 

By pokazać, jak ta rzecz jest jeszcze żywa, że to doświadczenie jest doświadczeniem teraźniejszym, w pewnym momencie przeczytał list, który od tamtej pory zawsze noszę w neseserze, mimo że jest sprzed 20 lat. Pośród waszych pytań było także to: jak nie zagubić wszystkiego następnego dnia? No cóż, moi drodzy, trzeba pamiętać – nie można wyrzucać ważnych rzeczy, ponieważ jeśli się o nich zapomni, można powrócić, by znów zobaczyć to, co nas zafascynowało, i w ten sposób zauważa się, że to, co nas zafascynowało, jest wciąż obecne. Jeśli mnie zdobyło, jest ze mną zawsze. Ksiądz Giussani przeczytał więc wraz z innymi świadectwami list chłopaka chorego na AIDS, który zmarł dwa dni po napisaniu tego listu. (…) Ten chłopak napisał, że po kilku latach spotkał swojego byłego kolegę z liceum – który jest teraz w Memores Domini – i wysłał list do księdza Giussaniego, którego nigdy nie spotkał osobiście.

„Drogi księże Giussani, piszę do Księdza, nazywając go «drogim», choć Księdza nie znam, nigdy Księdza nie widziałem ani nie słyszałem mówiącego. Chociaż, prawdę mówiąc, mogę powiedzieć, że znam Księdza – o ile dobrze zrozumiałem Zmysł religijny i to, co mi mówi Ziba [jego przyjaciel] – znam Księdza przez wiarę, a teraz dodaję od siebie: dzięki wierze. Piszę do Księdza wyłącznie po to, by powiedzieć: dziękuję. Dziękuję za to, że Ksiądz nadał sens temu mojemu jałowemu życiu. Jestem kolegą Ziby ze szkolnej ławy z czasów szkoły średniej, z którym zawsze się przyjaźniłem, mimo że nie podzielałem jego stanowiska. Uderzało mnie zawsze jego człowieczeństwo i jego bezinteresowna dyspozycyjność. W tym moim pełnym udręki życiu, sądzę, że docieram już do kresu, wieziony tym pociągiem, który nazywa się AIDS, a który nikomu nie daje wytchnienia. Obecnie mówienie o tych sprawach nie budzi już we mnie lęku. Ziba powtarzał mi zawsze, że w życiu trzeba mieć prawdziwy cel i iść za nim. Wielokrotnie uganiałem się za różnymi celami, lecz nigdy za tym prawdziwym. Teraz zobaczyłem ten prawdziwy cel, widzę go, spotkałem, zaczynam go poznawać, nazywać po imieniu: nazywa się Chrystus. Nie wiem zupełnie, co to znaczy i jak ja mogę o tym wszystkim mówić. Lecz kiedy widzę twarz mojego przyjaciela lub kiedy czytam Zmysł religijny,z którym się nie rozstaję, i kiedy myślę o Księdzu lub o sprawach z Księdzem związanych, o których opowiada mi Ziba, wszystko staje się dla mnie jaśniejsze, wszystko: nawet mój ból, moje cierpienie. W moim życiu – obecnie już spłaszczonym i bezpłodnym, podobnym do gładkiego kamienia, po którym wszystko spływa jak woda – pojawił się jakiś poryw sensu i znaczenia, który odrzuca precz złe myśli i cierpienia. Co więcej, obejmuje je i czyni prawdziwymi, sprawia, że moje zepsute i cuchnące ciało staje się znakiem Jego Obecności. Dziękuję, księże Giussani, że przekazał mi Ksiądz wiarę, albo – jak to Ksiądz nazywa – Wydarzenie. Teraz czuję się wolny i spokojny. Swego czasu, gdy Ziba odmawiał w mojej obecności modlitwę Anioł Pański, złorzeczyłem mu w twarz, nienawidziłem go i mówiłem, że jest tchórzem, ponieważ jedyną rzeczą, którą potrafił robić, było odmawianie wobec mnie tych głupich modlitw. Teraz, gdy z trudem mogę mówić, usiłuję wraz z nim odmawiać Anioł Pański i pojmuję, że tchórzem byłem ja, ponieważ nie widziałem prawdy, która stała przede mną na wyciągnięcie ręki. Dziękuję, księże Giussani. Jest to jedyna rzecz, którą człowiek taki jak ja może Księdzu powiedzieć. Dziękuję, ponieważ pośród łez mogę powiedzieć, że umieranie w ten sposób ma teraz sens. Nie dlatego, żeby było piękniejsze, gdyż nadal bardzo boję się śmierci, ale dlatego, że teraz wiem, iż jest ktoś, kto mnie kocha, i że ja też być może mogę się zbawić oraz że mogę modlić się, aby również moi współtowarzysze niedoli mogli spotkać i zobaczyć to, co ja spotkałem i zobaczyłem. W ten sposób czuję się potrzebny. Proszę pomyśleć: używając jedynie głosu, dzięki temu jedynemu narzędziu, którego mogę jeszcze dobrze używać, czuję się potrzebny, mogę być użyteczny. Ja, który zmarnowałem moje życie, mogę czynić dobro, odmawiając jedynie Anioł Pański. Jest to niesamowite i nawet gdyby to miało być tylko złudzenie, ta rzecz jest nazbyt ludzka i rozumna – jak pisze Ksiądz w Zmyśle religijnym – aby nie miała być prawdziwa. Ziba powiesił mi nad łóżkiem zdanie św. Tomasza: «Życie człowieka wyraża się w miłosnym przylgnięciu, które w istotny sposób je podtrzymuje i w którym znajduje swoją największą satysfakcję». Sądzę, iż moją największą satysfakcją jest to, że poznałem Księdza, pisząc do Księdza ten list. Ale jeszcze większą satysfakcją jest to, że dzięki Bożemu miłosierdziu, jeśli Bóg zechce, poznam Księdza tam, gdzie wszystko będzie nowe, dobre i prawdziwe. Nowe, dobre i prawdziwe jak przyjaźń, którą wniósł Ksiądz w życie wielu osób i o której mogę powiedzieć: «Ja również w niej uczestniczyłem» [także do mnie odnosi się to „Ja również w niej uczestniczyłem!”]; także ja w tym moim spapranym życiu zobaczyłem i miałem udział w tym nowym, dobrym i prawdziwym wydarzeniu. Niech Ksiądz modli się za mnie. Ja również w czasie, który mi pozostaje, będę się nadal starał czuć potrzebnym, modląc się za Księdza i za Ruch. Ściskam Księdza. Andrea”.

Prawdziwe spotkanie (nie wtedy, gdy mówimy, żeby powiedzieć: „Tak, spotkałem się…”) jest zawsze – zawsze! – definitywnym uznaniem obecności w życiu. Definitywnym: możesz odejść, możesz próbować wyrzucić je z siebie, ale masz je zawsze. To jest prawdziwe spotkanie: definiuje życie, które wtedy jest dane, nabiera nowego znaczenia, by wciąż coraz lepiej poznawać to, co się spotkało, by pogłębić tę afektywną, jak mawiał zawsze ksiądz Giussani, znajomość; sposób, w jaki wzrasta to poznanie, jest przylgnięciem, nie jest rozumowaniem, nie wysilamy się, tłumacząc sobie sprawy przy pomocy dyskursu, jakbyśmy musieli zrozumieć wszystko, zanim zaczniemy działać; jest przylgnięciem, jest podążaniem za. Tak jak przydarzyło się to temu chłopakowi choremu na AIDS. Spotkanie przychodzi do ciebie tam, gdzie jesteś, a ty musisz zdecydować, czy pójść w życiu za tym, co prawdziwego spotkałeś.

 

W tym momencie zrozumiałem – zrozumiałem to natychmiast – że by poznać tego Chrystusa, o którym można było tak mówić, o którym mówił tak ksiądz Giussani i o którym mówił tak ten chłopak, będący w takim stanie, w jakim był – musiałem starać się przylgnąć, podążać za, poznać tego, kto dawał mi o tym świadectwo. A więc rozumiałem, że musiałem poznać tego człowieka. I tak o to zabiegałem, aż wreszcie udało mi się spotkać go osobiście. W ten sposób rozpoczęła się przyjaźń, która się rozrosła, ponieważ miałem swoich przyjaciół i wszystkimi zawładnęła ta nowa rzecz, dlatego wszystko w naszym czasie, w naszym dniu, wszystko było zdeterminowane przez doświadczenie, które rodziło się codziennie, które odnawiało się codziennie, podążając za tym, co wydarzało się w tym człowieku, patrząc na to, co wydarzało się w nas, w każdym z nas. (…)

Od tamtego dnia to towarzystwo zaczęło być największym towarzystwem w moim życiu, to znaczy przyjaciółmi, z którymi biegnie się razem ze względu na to, co zawładnęło naszym życiem i co każdego dnia, dzień po dniu, prosi nas, prowokuje nas, domaga się od nas, by było lepiej poznane. A w tym odpowiadaniu odkrywa się, czym jest „stokroć więcej”. (…) „Stokroć więcej” jest właśnie doświadczaniem tego, że nieprawdą jest, że trzeba się zadowolić, jest doświadczaniem tego, że pragnienie może rosnąć wciąż coraz bardziej, że im częściej doznaje się satysfakcji w życiu, tym bardziej pragnienie się nie wyczerpuje, ale rośnie. Kiedy osiągamy stokroć więcej? Nie osiąga się stokroć więcej, stokroć więcej nie jest samo w sobie celem. Istotnie, stokroć więcej nie oznacza sto, ale stokroć więcej, to znaczy jest czynnikiem mnożenia, jest zawsze czymś więcej. (…)

Dlatego życie, które spotkaliśmy, jest obietnicą. Nie postrzegamy go jako już spełnionego, nie postrzegamy jako już zrealizowanego właśnie dlatego, że jest obietnicą spełniającą się w czasie. W tym tkwi smak życia – jest obietnicą, którą muszę dopiero odkryć, w przeciwnym razie wszystko byłoby już zakończone. (…) To prawda, że wiele rzeczy można zrozumieć natychmiast, lecz często tak nie jest; wówczas stają się dla nas sprzecznością i wydaje nam się, że tracimy ten smak życia. Ziarno zasiewane w naszym życiu podlega procesowi rozwoju, którego możemy nie dostrzegać od razu. Bo gdy ziarno zostaje włożone do ziemi, jest czas, w którym rośnie, ale go nie widać, widzisz je dopiero, kiedy zaczyna wydawać owoce. Lecz istotą ziarna jest tkwienie w ziemi i to, by nie zostało wyrwane. To, co nas blokuje, to niezrozumienie trudu. Nie chodzi o to, że nie rozumiesz, że jesteś o coś proszony, rozumiesz to, nie przyjmujesz jednak trudu, który to ze sobą niesie. By przyjąć trud, trzeba mieć racje i trzeba pozostać przywiązanym do prawdziwych racji. (…) Osobiste proszenie o racje jest naszym pierwszym towarzystwem i nie chodzi o to, że koniecznie musi ci je dać ktoś inny. Istotnie, jest tak, ponieważ zazwyczaj nie pytamy się, dlaczego robimy coś w taki sposób, że czujemy się osamotnieni w przeżywaniu tego. Wyzwanie „stokroć więcej” polega na tym, że to, czego oczekujemy, jest czymś więcej od tego, co robimy, jest czymś więcej niż wyobrażenie, które mamy. A wówczas odbiera się jako zawrót głowy fakt, że w rzeczywistości znajduje się Obecność składająca mi tę obietnicę, a jej znak znajduję w moim pragnieniu, które nie może zostać stłumione.

Rok temu odkryłem, że jestem poważnie chory. (…) Teraz czuję się dobrze, muszę chodzić tylko na wizyty kontrolne. Ale w czasie, gdy nie było jeszcze wiadomo, co mi jest ani co mnie czeka, zacząłem bardzo dramatycznie zadawać pytanie, o co jestem poproszony, skoro miałem i mam wiele odpowiedzialności w życiu: jestem mężem, mam czwórkę małych dzieci – jedno jest już w waszym wieku – do utrzymania i wychowania; mam pracę, w której wiele się ode mnie wymaga, kieruję 15-osobową grupą badawczą; następnie mam odpowiedzialności w Ruchu, których jest więcej, odkąd ksiądz Carrón poprosił mnie o pomoc w prowadzeniu Ruchu.

 

Wobec tego wszystkiego zadawałem sobie pytanie: o co tak naprawdę jestem proszony? Zauważyłem, że na początku to, co mi się przydarzyło, chorobę, traktowałem jak przeszkodę, ponieważ myślałem, że moim prawdziwym zadaniem były wszystkie inne rzeczy, które robiłem w życiu, i że nie potrzeba było tego nieprzewidzianego wydarzenia. Odkryłem, o co naprawdę jestem proszony dzięki temu, że nie od razu było wiadomo, co mi jest. Ponieważ my wiele razy mówimy o nadziei w życiu, kiedy sprawy są już rozwiązane. Ale co znaczy, że jest nadzieja w życiu, kiedy sprawy nie są jasne, kiedy tkwimy jeszcze wewnątrz problemów, kiedy znajdujemy się pośród trudności? W przeciwnym razie mówimy o „stokroć więcej”, mówiąc o abstrakcyjnych sprawach, myśląc, że sprawy układają się pomyślnie tylko wtedy, gdy życiowe problemy są rozwiązane. Ale czy można doświadczyć stokroć więcej, żyć nadzieją, kiedy przeżywa się trudności? To było pytanie, które sobie zadawałem.

W tych chwilach zrozumiałem, że wreszcie musiałem zacząć dostrzegać to, co zawsze tak trudno zobaczyć, i zacząłem to dostrzegać dzięki całej historii mojego życia, tych lat, dzięki pewności, która dzień po dniu wzrastała we mnie pośród tej przyjaźni, przyjaźni Kościoła. Zrozumiałem, że to, o co zostałem poproszony, jest „powołaniem”, to znaczy że powołanie nie jest formą, którą ty musisz nadać swojemu życiu, by poświęcić je Bogu albo samemu sobie, powołanie jest odpowiedzią na osobistą relację, o którą ktoś prosi twoje życie, tę preferencję, która jest ci dana, ponieważ ta okoliczność była dana mnie, tylko mnie, właśnie mnie, bym uznał Jego w moim życiu. Nie mogłem dalej przeżywać wszystkiego, nie traktując do końca poważnie tego faktu, który mi się przydarzał.

W ten sposób zacząłem rozumieć, że „stokroć więcej” to nie sto razy to, czego pragniemy, to coś innego, to inna miara. Nie zostało nam obiecane, że urzeczywistni się to, co mamy w głowie, ale o wiele więcej, sto razy więcej. A wówczas zaczyna się rozumieć, dlaczego potrzebne jest poświęcenie, co to jest poświęcenie. Zostało nam obiecane spełnienie pragnienia naszego serca, jeśli nie przestaniemy trwać przy tej obecności, która wkroczyła do naszego życia, ponieważ „stokroć więcej” zaczyna się w tym, o co już jesteś proszony, nie żebyś musiał wyobrażać sobie nie wiadomo co. I rzeczywiście, w tym okresie częściej przypominało mi się i towarzyszyło to, co mówił ksiądz Giussani: nieuniknione okoliczności – to znaczy te, w których nie możesz wybrać, co zrobić: możesz udawać, że nic się nie dzieje, ale przeznaczenie jest wyznaczone – są najprostsze, nawet jeśli nie są pożądane, nie są okolicznościami układającymi się po mojej myśli. Oczywiście wolałbym czuć się dobrze, by móc zaangażować wszystkie siły w wielkie zadania, ważne, które mam w życiu, ale w pewnym momencie Ktoś Inny wybrał dla mnie coś innego: „Jesteś o to proszony teraz, ponieważ to Ja pragnę twojego życia, to nie ty nim kierujesz”. I przychodziło mi na myśl, że nawet Jezus postanowił przyjąć tę relację jako definicję spełnienia swojego zadania, tego, ze względu na co został posłany – relację z Ojcem. (…)

 

Minionego lata sporo rozmyślałem o epizodzie z Ogrodu Oliwnego, który przywołaliśmy także wczoraj. Jeszcze raz czytam to, co przeczytaliśmy w Ewangelii św. Mateusza. Kiedy Jezus modli się sam, w pewnym momencie mówi: „«Duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe». Powtórnie odszedł i tak się modlił: «Ojcze mój, jeśli nie może ominąć Mnie ten kielich, i muszę go wypić, niech się stanie wola Twoja!» [zwróćcie uwagę na dalszy ciąg opowieści]. Potem przyszedł i znów zastał ich śpiących, bo oczy ich były senne. Zostawiwszy ich, odszedł znowu i modlił się po raz trzeci, powtarzając te same słowa. Potem wrócił do uczniów i rzekł do nich: «Śpicie jeszcze i odpoczywacie?»” (Mt 26, 41–45). Jest spokojny. W miesiącach choroby odczuwałem udrękę Jezusa, który przychodzi do swoich uczniów, znajduje ich śpiących i mówi: „Ale dlaczego? Właśnie wy, którzy jesteście moimi przyjaciółmi!”. Czuł się samotny. Wielką tragedią życia jest samotność, która jest brakiem odczuwania znaczenia dokonującego się gestu, tego, co się przeżywa, relacji, którą ma się ze wszystkim, z nieskończonością, to znaczy myślenie, że to, co się robi, jest niepotrzebne. Jezus potrzebuje swoich przyjaciół, On, który nigdy ich nie potrzebował – to inni potrzebowali Jego, Jezus nigdy nie potrzebował, żeby inni coś Mu wyjaśnili, żeby Mu coś powiedzieli, żeby Mu coś pokazali, żeby rozwiązali Mu problemy – potrzebował nie być sam, ale „oczy ich były senne”.    

To mnie dotknęło, ponieważ pisząc tak, Ewangelista podkreśla jedną rzecz, o której nigdy wcześniej nie pomyślałem, że zdarzy mi się przeżyć tę okoliczność: zaśnięcie było niemal poza ich wolą, ponieważ ich oczy były senne, jak gdyby sam Ojciec przyzwolił na to, by Jezus nie znalazł ostatniej drogi ucieczki i odkrył, że jedynym prawdziwym zwycięstwem nad samotnością było ugruntowanie relacji z Ojcem, zawierzenie się Ojcu, którego obecność w tym momencie odczuwał jako bardzo odległą. Zauważyłem, że przeżywałem to samo doświadczenie. Wtedy zacząłem stawiać czoła temu wszystkiemu, co mnie czekało, a więc także próbom, które musiałem przejść. Dlatego rozumiem, że nieuniknioną okolicznością jest najprostsza okoliczność, ponieważ wówczas widzimy jasno, o co jesteśmy proszeni. Jesteśmy proszeni o bycie posłusznymi, ale co to znaczy być posłusznym? Właściwy nam jest moralistyczny sposób odczuwania spraw i nie wiemy, czym jest posłuszeństwo.

Posłuszeństwo jest przede wszystkim dyspozycyjnością, jest dyspozycyjnością wobec Tajemnicy, która chce mnie teraz: chce, bym trwał przy tym, co jest mi dane, aby potwierdził się sens życia. Życie ma sens i ja muszę go odkryć. A jedynym sposobem odkrycia jest coraz głębsze wchodzenie w to, co jest mi dane. Dlatego dani mi są przyjaciele, towarzysze drogi. Tajemnica nie pozostawiła nas samymi. Wy jesteście tutaj, my jesteśmy tutaj razem, ponieważ to wciąż wydarza się dzisiaj.

 

By prosić o to, by to znaczenie ukazywało się wciąż coraz bardziej, nawet jeśli w pewnym momencie nie widzisz go wyraźnie (…), pozostajesz przywiązany, jesteś przywiązany do źródła życia, które zobaczyłeś. Które zobaczyłeś, że zmienia cię w tym momencie, które odczułeś tak mocno jako wyzwanie rzucone twojemu życiu. A wówczas rozumiesz, że „stokroć więcej” to odmienny smak, to nie dodatkowe rzeczy, które robisz albo masz, ale to odmienny smak przeżywania zwyczajnych rzeczy, które w przeciwnym razie byłyby tylko ciężarem; rozumiesz, że robisz coś, co wiąże się z przeznaczeniem świata, a przede wszystkim z twoim przeznaczeniem, z tym, do czego zostałeś wybrany. Ale możesz robić te same rzeczy, nie będąc przywiązanym, przestając pragnąć wielkich rzeczy. To jest rozgrywka, kochani: nigdy nie przestawać pragnąć wielkich rzeczy! Życie nabiera smaku w dyspozycyjności.

 

ZDJĘCIA

  1. Davide Prosperi

Polska strona Ruchu CL   |   Kontakt z redakcją